Wielka wyprawa w małe góry

Marysia już od dwóch tygodni planowała tą wycieczkę. Zajęła się wszystkim, od wybrania terminu, zaplanowania trasy, rozeznania w cenach, aż po rezerwację biletów wejściowych i noclegu. Czułem się jak na wycieczce z biurem podróży ;) Brakowało mi tylko komentarza do zabytków, które oglądaliśmy.
Wycieczka została zaplanowana na dwa dni. Pierwszy z silnym akcentem górskim, czyli dużo chodzenia i piękna leśna natura, a drugi zawierający więcej walorów „ruinowo-zabytkowych”, czyli zwiedzanie.
Wyruszyliśmy przed 9 rano z domu i po trzech godzinach jazdy dotarliśmy do pierwszego punktu wycieczki – Bodzentyn.
Do zwiedzenia zabytkowy kościół i ruiny zamku. Szybko się okazało, że zabytkowy kościół właśnie jest odnawiany i nie było co zwiedzać, a zabytkowe ruiny zamku też nie prezentują sobą nic ciekawego. Niewiele zostało z ich dawnej świetności…
Niezrażeni omówiliśmy dalsze punkty wycieczki. Dostałem do wyboru cztery warianty:
- easy – około 10 km
- medium – około 20 km
- hard – około 30 km
- god – około 45 km
Cztery dychy to dość sporo, zwłaszcza że nie jestem długodystansowcem, więc zdecydowałem się na wariant „hard”. Trzydzieści powinienem dać radę.
Plan był taki, by dojechać do Świętej Katarzyny i stamtąd wejść na Łysicę, a dalej czerwonym szlakiem na Łysą Górę i z powrotem. Luzik, pomyślałem.
Święta Katarzyna była niedaleko. Łatwo znaleźliśmy wejście na szlak, a tuż obok parking prywatny za 5 PLN (bez ograniczenia czasowego). Przebraliśmy się, wdzialiśmy plecaki z prowiantem i piciem i pełni zapału wyruszyliśmy, niemalże w samo południe.
Musieliśmy utrzymywać raźne tempo marszu by wyrobić się przed zmierzchem. Wstęp do parku narodowego kosztował nas po 5 PLN od głowy, ale byliśmy na to przygotowani. Już po piętnastu minutach zrzucaliśmy wierzchnie warstwy ubrania i kontynuowaliśmy w krótkich rękawkach. Szybki marsz pod górę dostatecznie nas rozgrzewał.
Wejście na Łysicę zajęło nam około 30 minut. Szlak prowadził bardzo ładną ścieżką, pokrytą prawie na całej powierzchni dużymi kamieniami. Szło się mało wygodnie, ale wyglądała ładnie ;).
Łysa Góra czekała na nas dokładnie w połowie zaplanowanej drogi i była punktem zwrotnym. Po napotkanych tabliczkach z czasami dojścia do kolejnych punktów szlaku zorientowaliśmy się, że idziemy dwa razy szybciej niż pokazywały (czasami nawet trzy!) i szybko wyliczyliśmy, że cała wycieczka powinna nam zająć około 8 godzin. Szlak wiódł najpierw przez las, z górki, potem kawałek asfaltem, pośród pól pełnych zbóż i truskawek, a potem znów przez las, ale tuż przy jego brzegu. Zrobiliśmy kilka krótkich przystanków na picie lub zdjęcia i jeden dłuższy na obejście podmokłego terenu. Zanim się obejrzeliśmy wkroczyliśmy do małej wioski leżącej tuż pod Łysą Górą. Zaskoczyła nas ilość turystów i komercja jaką tam zastaliśmy. Na Łysicy nie było nic, a tutaj masa straganów, budek, autokarów, pociąg, bryczki. Co kto lubi. Droga na górę wiodła asfaltem. Nic ciekawego :(.
Tuż przed szczytem zatrzymaliśmy się na tarasie widokowym i podziwialiśmy jedno z większych gołoborzy w Polsce. Posililiśmy się i poszliśmy dalej obejrzeć kościół Świętego Krzyża (podobno stąd nazwa gór świętokrzyskich!). Akurat odbywał się tam ślub, więc nie zajrzeliśmy do środka (nie to żebym żałował…). Zrobiliśmy kolejny krótki przystanek na coś do jedzenia i zebranie sił na drogę powrotną. GPS pokazał nam 19,5 km, co oznaczało, że zamiast 30 km musimy zrobić prawie 40. No trudno…
Droga powrotna nie była już taka przyjemna. Zaczynały boleć nogi, a i trasa ta sama. Szliśmy szybko i tylko dwa razy stanęliśmy się coś napić. Gdy doszliśmy do odcinka wiodącego asfaltem postanowiliśmy kupić trochę truskawek, ale dobrzy ludzie dali je nam za darmo i to więcej niż byliśmy w stanie zjeść. Jakieś pięć kilometrów dalej podarowaliśmy te truskawki innej parze napotkanej na szlaku. Wejście drugi raz na Łysicę kosztowało już wiele wysiłku, ale zejście było już dość przyjemne, choć wiedzieliśmy, że zakwasy będą na pewno. W sumie całość zajęła nam niecałe 7,5h. (tyle pokazywała tabliczka na Łysej Górze do Świętej Katarzyny).
Skoczyliśmy na szybko do Kielc na super drogą pizze (prawie 35 PLN!) a później już prosto do Ostrowa (agroturystyka) gdzie po szybkim prysznicu z łatwością usnęliśmy.
Drugi dzień upłynął nam na spokojnym zwiedzaniu, przerywanym pojękiwaniem (zakwasy!).
Najpierw zamek w Chęcinach, który prezentował się całkiem ładnie, a potem główna atrakcja wycieczki – jaskinia Raj.
Dzięki wcześniejszej rezerwacji biletów weszliśmy bez problemu. Wiele osób było odsyłanych z kwitkiem lub czekali aż zwolnią się jakieś miejsca przy kolejnym wejściu (były co 15 minut). Dostaliśmy elokwentnego i dowcipnego przewodnika, która ciekawie opowiadał o historii jaskini, procesach jakie doprowadziły do jej ukształtowania, a także formach stalaktytach, stalagmitach i innych dziwnych rzeczach jakie mogliśmy tam zobaczyć. Jaskinia była bardzo ładna i na pewno warta zobaczenia. Polecam!
Ostatnim punktem wycieczki były ruiny dużego zamku o nazwie Krzyż Topór. Mury tego zamku zachowały się w całkiem przyzwoitym stanie i wiele osób wałęsało się po jego zakamarkach. Idąc w ich ślady obeszliśmy wszystko co się dało i nie znaleźliśmy nic oprócz kamieni. Trochę szkoda, że komnaty i części zamku nie były ładnie opisane, no ale w końcu to tylko Polska. Nie można wymagać za wiele.
Wychodząc z zamku odhaczyliśmy ostatni punkt programu i mogliśmy ruszać do domu. Oczywiście nie omieszkaliśmy odwiedzić McDonalda w Kielcach ;)
Wycieczka zajęła nam dwa dni i kosztowała około 120 PLN na dwie osoby (wejściówki, bilety, noclegi, bez jedzenia i przejazdu). Polecamy wszystkim zastanawiającym się jak spędzić wolny weekend :)

Comments

2 Responses to “Wielka wyprawa w małe góry”

Anonimowy pisze...
17 lip 2009, 17:46:00

Gory swietokrzyskie to pikuś, ale od czegoś trzeba zaczac. To co, teraz gdzies dalej? :P

Tomek Pabich pisze...
20 lip 2009, 10:28:00

Gdzieś dalej warto jechać na dłużej niż weekend :) W przeciwnym wypadku za dużo czasu schodzi na samą podróż. Już w sierpniu obóz treningowy w Żelazku! :)

Prześlij komentarz