Szybki Mózg 2010

W ubiegły weekend odbyła się jedna z ciekawszych imprez w tym roku. O-stuff razem z UNTS Warszawa zorganizowali dwudniowe zawody z trzema startami sprinterskimi. Zapowiadało się bardzo ciekawie i przyjemnie, bo ostatnio zdecydowanie preferuję bieganie sprintów niż dłuższych dystansów ;)

Wyjechalismy w sobotę rano i na miejsce dotarliśmy bez przeszkód. Centrum zawodów pierwszego dnia zlokalizowane było przy całorocznym stoku narciarskim. Pogoda nas nie rozpieszczała. Było mokro, chłodno i padał deszcz. Atmosfera za to była gorąca. Widać było, że organizatorzy tryskają nowymi pomysłami.
Szatnia (klepisko) była zlokalizowana w podziemiach budynku. Było sucho i całkiem ciepło. Takie warunki wcale mi nie przeszkadzały. W tym samym, dużym pomieszczeniu mieściło się także stanowisko komputerowe z rzutnikiem i wynikami on-line, oraz mini-sklepik w którym można było kupić kawę, herbatę, kawałek ciastka czy pop-corn! Wypas. Wszystko w przystępnych cenach, bez naciągania. Przebrałem się i przypiąłem do koszulki numer startowy, który robił wrażenie pod względem wykonania i treści :) Przed biegiem (tym i dwoma następnymi) dostępna była mapka rozgrzewkowa. Nie prezentowała się okazale i obejmowała dość ograniczony i nudny teren, ale była ;)
Ruszyłem z animuszem. Okazało się, że już na pierwszy punkt trzeba zastanowić się nad wariantem. Na szczęście wybrałem dobry, z lewej. Trasa była typowo biegowa. Kilka razy można było zastanowić się nad przebiegiem, ale generalnie trzeba było po prostu... jakby to ładnie powiedzieć... gnać. Jako że moc mnie tego dnia nie nawiedziła pobiegłem w zakresie moich obecnych możliwości i bez większych błędów (raz nie zauważyłem punktu - 10s straty) dotarłem do mety. Zmęczony, ale szczęśliwy.
Wymiana wrażeń trwała długo, a powodem były błędy na wydrukach z międzyczasami. Nie wiem co było przyczyną, ale tutaj należy się minus. Czasy pomiędzy niektórymi punktami nie miały sensu i budziły wiele kontrowersji. Np. najlepszy finisz miał 2s (jakieś 50 metrów było do przebiegnięcia). Do tego najlepszego finiszu straciłem 3s, co też wygląda podejrzanie, bo pędziłem ostro. Rozumiem sekundę, dwie, no ale trzy? Coś mi tu śmierdzi...
Udało się za to złamać 6 min/km, dzięki czemu wygrałem zakład z bratem. A jak się później okazało wygrałem też drugi, bo Marian zmieścił się w pierwszej osiemnastce (on obstawiał że się nie zmieści). Był dokładnie osiemnasty ;)
To nie był jego dobry dzień, bo przegrał też pozostałe dwa zakłady: z Martą, która twierdziła że będzie przed Mary, oraz z Darią z którą założyli się o czas na wybranym przebiegu (nie znając jego długości). Daria miała o wiele krótszy :)
Gdy emocje opadły przebraliśmy się i czekaliśmy na zakończenie, które odbyło się z lekkim poślizgiem (około 10 minut). Nie miało to większego znaczenia, bo i tak prawie wszyscy czekali na wyjście do pizzeri.
Wyszliśmy wcześniej by zanieść bagaże do auta, a chwilę później spotkaliśmy już mały tłumek głodnych orientalistów wędrujący do Pizzerii Dominio, gdzie czekała nas makaronowa uczta, a wszyscy chętni mogli także zatankować kilka promili. Pomimo tego że na jedzenie wszyscy czekali z utęsknieniem, to później już nie było tak wielu chętnych na imprezowanie w lokalu (ceny?) i ludzie zaczęli się ewakuować do szkoły w której mieliśmy zamówiony nocleg i stamtąd planowali wypad na miasto, gdzie miała się zacząć prawdziwa swawola. Zmyliśmy się razem ze wszystkimi i również pojechaliśmy do szkoły. Młodzi poszli pić, a ja i Mary postanowiliśmy poczytać trochę dokumentacji z pracy.
Około 22 część ekipy wróciła, przynosząc ze sobą artefakty niezbędne do awansowania na kolejny level i z tego co słyszałem to awansowali do upadłego (niektórzy nawet doszli do ostatniego poziomu i zobaczyli napis game over ;-)). Mi na szczęście udało się usnąć około 23 i spałem do rana.

W niedzielę czekały nas dwa biegi. Miały być trudniejsze, ciekawsze i bardziej wymagające. I faktycznie tak było. Znów założyłem się z Marianem że złamię 6 na kilometr, więc postanowiłem ruszyć bardzo mocno. Niestety już na starcie wszystko poszło się kochać. Zamiast do jedynki pobiegłem do dwójki. Jak wróciłem do jedynki to już byłem za Kluską, który startował 2 minuty po mnie. Właściwie to się poddałem i już do końca biegłem luźno. Pozwoliłem Dominikowi uciec, a sam po prostu cieszyłem się biegiem, który była bardzo fajny, tak jak zapowiadali organizatorzy.
Na mecie już czekała na mnie Mary, a przy odczycie SI poczęstunek (snickers, banan, jabłko, kanapka) i zdjęcie z dnia poprzedniego w skromnej ramce (wypas!). Poszliśmy się zregenerować przed kolejnym startem. Znów rozgorzała dyskusja na temat tego gdzie dało się przebiec a gdzie nie, oraz gdzie wolno było przebiec a gdzie nie. Po dokładnej analizie mapy okazało się, że na przebiegu do siódmego punktu przeskoczyłem przez płot zaznaczony jako "nie do przejścia". Argh. Poszedłem zgłosić NKLa. Nie za bardzo podoba mi się to, że solidne ogrodzenia o wysokości 120cm są zaznaczone jako nie do przejścia. Nie ma to dla mnie sensu. No ale taki sport. Na następnym biegu miało być jeszcze zabawniej, ale po kolei...

Pojadłem, odpocząłem i stwierdziłem, że na ostatni bieg idę z aparatem i porobię zdjęcia. Bolało mnie rozścięgno podeszwowe w lewej stopie i nie miałem ochoty biec, szczególnie po tym jak nie załapałem się do hendicapu. Wziąłem ze sobą Pitera który robił mi za nawigatora i poszliśmy na start.
Po kilku minutach na trasie okazało się, że tym razem autor mapy jako mur nie do przejścia zaznaczył 20cm krawężnik. Jak dla mnie bez sensu. Do tego taki murek był na przebiegu wariantowym. Skrócenie przez murek oznaczało lepszy wariant... choć nie dozwolony. Dużo osób jednak skorzystało z okazji i wybrało krótszą drogę (większość pewnie nieświadomie). Nikt z organizatorów tego miejsca nie pilnował (przynajmniej gdy ja tam byłem) i z pewnością wypaczyło to wyniki rywalizacji. Słyszałem nawet, że niedozwolone przebiegi mają na swoim koncie osoby z miejsc premiowanych nagrodą pieniężną, co tym bardziej budzi niesmak. Co innego być dziewiątym gdy za ósme nie ma nic, a co innego gdy za ósme jest pięć dych w gotówce. Jak dla mnie to była największa wtopa organizacyjna. Albo przebieganie przez te murki powinno być dozwolone, albo cały czas powinien stać tam sędzia i spisywać nielegalnych emigrantów.

Aby jednak zakończyć pozytywnie, bo ogólnie zawody były bardzo pozytywne, napiszę jeszcze, że rozdanie nagród było poprowadzone z jajem i mi się podobało. Oczywiście gdyby na zawodach była normalna ilość kategorii byłoby to niepotrzebne wydłużanie, ale w tym przypadku można sobie było pozwolić na odrobinę swawoli.

Organizatorzy pokazali, że poprzeczkę można podnieść jeszcze wyżej. Nie napiszę, że były to najlepsze zawody w tym roku, bo tak nie było. Dwa duże minusy: międzyczasy i kontrowersje z NKLami zaważyły mocno na ostatecznej ocenie. Niestety, jak się małe płotki zaznacza jako "nie do przejścia", to trzeba tego pilnować. No i pomyślałem sobie, że jak stawia się punkt w rogu ogrodzenia do którego można dojść z zewnątrz, to taki punkt musi stać poza zasięgiem ręki, tak by nie dało się go podbić przez siatkę. Nie kusi i obiec trzeba.
Dodam jeszcze jeden minus: brak punktu medycznego. Na ostatnim etapie Marysia przebiła sobie stopę gwoździem i nie było wody utlenionej. Trochę kicha :(
Było jednak wiele pozytywnych aspektów, wiele drobiazgów, które budziły uśmiech i kazały się zastanawiać czemu nikt na to wcześniej nie wpadł.
Mikrofalówka z sklepiku - fajnie, można tak zrobić dużo rzeczy na ciepło. Przydatne szczególnie gdy pogoda nie rozpieszcza
Mapy rozgrzewkowe na każdy etapie - nudne, proste, ale akcent był i to mi się podobało
Śmieszne i dobrze wykonane numerki startowe - te z pewnością budziły uśmiech :)
Indywidualne zdjęcia dla zawodników - ekstra. Na początku myślałem że płatne i chciałem sobie swoje kupić! Można popracować nad jakością, ale i tak rewelacja!
Poczęstunek - też świetna sprawa. Niby zapłaciliśmy za niego w ramach wpisowego, ale wcale nie dużo.
Atmosfera - to coś, co ciężko będzie osiągnąć na ogólnopolskich zawodach typu KMP czy MP i na szybkim mózgu budowała się niejako samoistnie poprzez specyficzne grono zawodników, ale z pewnością Sławek potrafił umiejętnie ją podsycić co doprowadziło do świetnej imprezy integracyjnej w sobotni wieczór :)
To tyle z rzeczy niestandardowych, o których warto wspomnieć. Nie chce mi się pisać o banałach jak lokalizacja, oznakowanie itp, bo to było bez zarzutu.

Będzie Szybki Mózg za rok??? ;)

Comments

11 Responses to “Szybki Mózg 2010”

podzio pisze...
9 lis 2010, 22:13:00

o ktorym plocie mowa podczas 2. etapu na przebiegu do 7.PK?:)

Tomek Pabich pisze...
9 lis 2010, 22:20:00

Tak. Wbiegłem w alejkę, patrzę, a punkt po prawej. Oddzielał mnie od niego taki płotek do pasa, więc hyc i jestem przy punkcie :)

Karol pisze...
9 lis 2010, 23:37:00

Ja tak na prawdę, po wnikliwej analizie sądzę, że powinienem mieć 3 razy nkl. Ale ciekaw jestem, ile z zawodników z ręką na sercu mogło by powiedzieć, że przebiegło trasę w 100 % na legalu. Np. pierwszy etap - z pk 1 na 2. Ścieżka po tych malutkich klombach w kolorze oliwkowym była już wyryta jak autostrada. Etap drugi - punkt 10 (tu akurat ja pobiegłem prawidłowo. Albo punkt 13, albo przebieg przez ulicę a nie po kładce. Etap 3 to już całkowita masakra - ciekaw jestem kto pobiegł poprawnie z 6 na 7 (Podzio na to słusznie zwrócił uwagę)

10 lis 2010, 00:00:00

W pełni zgadzam się z Tomkiem odnośnie problemu z przebieganiem przez obszary zakazane. Rzeczywiście jest to problem, który na Szybkim Mózgu wypaczył prawdziwą rywalizację sportową... Wyniki bardzo by się różniły gdyby kary były egzekwowane równo wobec wszystkich zawodników, którzy popełnili błędy... Jest to na pewno problem, który często pojawia się na sprintach w Polsce i warto było by się zastanowić nad możliwościami jego rozwiązania.

Pozdrawiam,

Gajo

Hewi pisze...
10 lis 2010, 20:42:00

Zaznaczanie płotka za którym stał punkt, albo niskiego murka przez który szedł przebieg miało swój sens. Jacek zamieścił w swoich przemyśleniach po zawodach informację o tym że chcieli nauczyć zawodników przepisowego biegania sprintów. Spotkałem się z tego typu zabiegami za granicą (a nawet z bardziej niedorzecznym zaznaczeniem jako obiekt nie do przejścia). Mają one sprawić żeby wybór wariantów był trudniejszy i trasa była ciekawsza, miała pułapki. Wszystko jednak traci sens w momencie kiedy takich pułapek się nie pilnuje i wyrywkowo kara ludzi.

Pozdrawiam
Hewi ;)

P.S. Mogę się przyznać do pokonania tras w 100% na legalu :)

Tomek Pabich pisze...
10 lis 2010, 20:51:00

Masz Hewi rację, że takie zabiegi można stosować by urozmaicić teren i pomimo że nie za bardzo mi się to podoba to jest to dla mnie akceptowalne. Nie mam doświadczenia w zawodach zagranicznych, więc wiele mam jeszcze do nauczenia.
Wolę jednak jak wszystko jest tak jak widzę, czyli: płot do pasa to można skakać. Nie radzę sobie z czytaniem dokładnie mapy na dużej prędkości. Zwyczajnie nie widzę bo mi się wszystko trzęsie i oczy łzawią :)

10 lis 2010, 22:48:00

Ja również uważam pomysł Jacka za bardzo dobry. Przyznaje się, że popełniłem błąd przeskakując przez murek (jaki on by nie był niski, to na mapie był zaznaczony jako obiekt przez, który jest zabronione przechodzenie). Błąd wynikał może ze zmęczenia, z nie doczytania mapy, z przypływu emocji, bo goniłem 2 zawodników, którzy przede mną zrobili tak samo. Nie mniej to wszystko będzie pozbawione sensu jeśli nie będzie się dało równo egzekwować obowiązujących zasad wobec wszystkich zawodników.

Gajo

Karol pisze...
10 lis 2010, 23:25:00

Je też uważam za całkowicie zasłużoną naszą dsq. Nie doczytaliśmy mapy - nasz błąd. Ja jestem całkowitym nowicjuszem i jeszcze nawet 3 mies temu nie wiedziałbym że nie można przebiegać po oliwkowym albo przez czarne grube kreski :) Też uważam że zaznaczenie niskich murków jako nie do przejścia było ciekawym rozwiązaniem i powinno zmuszać do czytania mapy. Szkoda tylko że było to wybiórczo respektowane. Choć z drugiej strony nie byłoby fajnie, gdyby 3/4 miało nkl ;]

Sławomir Cygler pisze...
13 lis 2010, 14:57:00

Cześć Wam :)
Tak się zbieram i zbieram, jak to Wam napisać.

Słowo klucz: dyskusja.

Cieszę się, że dyskutujecie, tak samo dyskutowali z nami ludzie na żywo, czy słali później maile.

Przed SM dyskutowałem z Jackiem o zaznaczeniu płotków, w czasie SM dyskutowaliśmy o dyskach, kreśleniu, konsekwencji w wyłapywaniu NKLi itp. Tuż po SM trochę dyskutowaliśmy i na 100% będziemy jeszcze przez kilka godzin dyskutować o tym, jak znaleźć kompromis w kreśleniu, interpretowaniu, wyłapywaniu, nie robieniu na złość i nie wypaczaniu rywalizacji. Wydaje mi się to jak najbardziej możliwe.

Inaczej mówiąc: to jest dla nas wielkie zadanie domowe, które już odrobione zobaczycie na naszych kolejnych zawodach.

Tomek Pabich pisze...
14 lis 2010, 20:54:00

Bardzo miło widzieć jak do tego podchodzicie i jestem pewien, że w Waszym przypadku każda krytyka przerodzi się w kolejny sukces, tak trzymać :)

15 lis 2010, 11:39:00

Już się nie mogę doczekać kolejnych zawodów :)

Gajo

Prześlij komentarz