Zimowy Kurs turystyki wysokogórskiej


Szczyty tatr skąpane w chmurach
No i się udało... trochę... W listopadzie nic z wyjazdu nie wyszło, ale w styczniu długi weekend zadziałał i razem z bratem pojechaliśmy wreszcie w tatry. Żeby nie zginąć na wszelki wypadek oddaliśmy się w ręce specjalistów i zapisaliśmy na dedykowany kurs dla amatorów zimowej wspinaczki. Poniżej zwięzła relacja z wydarzeń.

Kurs rozpoczynał się w czwartek po południu odprawą techniczną. Do Zakopca dojechaliśmy na 12.00. Przygotowani do drogi włożyliśmy stoptuty i poszliśmy w stronę Kuźnic. Tam opłaciliśmy wejście do parku narodowego i niebieskim szlakiem dziarsko podreptaliśmy w stronę Murowańca. Warto w tym miejscu nadmienić, że obaj mieliśmy na plecach po około 20 kilogramów, bo oprócz ubrań i sprzętu zabraliśmy także żarcie na 4 dni.

Szybki przepak w drodze do Murowańca
Posuwaliśmy się sprawnie i już wkrótce doszliśmy do miejsca w którym szlak opuszcza przytulny las i zabiera nas na otwartą przestrzeń. A tam już czekał na nas halny, ostrząc kły na skałach, graniach i żlebach. Co tam halny, idziemy. Pierwsze kilkadziesiąt metrów nie zrobiło na nas wrażenia, ot silny wiatr i tyle. Jednak już kawałek dalej okazało się, że halny to nie przelewki. Zaczął nami targać na boki, niemal przewracać. Przy silniejszych podmuchach kładliśmy się na ziemię by nie zdmuchnęło nas w dół. Kiedy doszliśmy do miejsca gdzie szlak skręca w prawo wiało już tak mocno, że nie dało się iść. Na czworaka, trzymając się skał, pełzliśmy w stronę najbliższego zakrętu, gdzie widzieliśmy zatoczkę dającą schronienie od wiatru. Ten odcinek dwustu metrów dał nam mocno w kość. Po jego przebyciu dyszałem, bolały mnie mięśnie i czułem się jakbym właśnie wbiegł na górę zborów. Masakra. Dalsza trasa była już znośna. Wciąż wiało, ale dało się iść. Droga do schroniska zajęła nam dwie godziny, więc dość szybko jak na panujące warunki.

Tak wyglądał sprzęt dla jednej osoby
W schronisku dostaliśmy pokój i odpoczęliśmy kilka godzin. Zajęcia zaczynały się o 17. A przynajmniej taki był plan. Ostatecznie ruszyliśmy z opóźnieniem i małym bałaganem. Organizacyjnie wyglądało to przeciętnie. Rozdawanie sprzętu trwało zbyt długo (był w cenie szkolenia) i wciąż panowało lekkie zamieszanie. Nauczyliśmy się jednak jak się zakłada uprząż, jak wiązać się liną, jak wkładać i wiązać raki oraz jak spakować się na następny dzień. Potem zostaliśmy podzieleni na grupy, przydzielono nam opiekunów i rozeszliśmy się do pokoi. Tam oczywiście do późna kwitło życie towarzyskie :)


Uczymy się prusikowania i hamowania gardą
Następnego dnia mieliśmy iść na wycieczkę, ale okazało się, że pogoda płata nam figle. Przyszła jakaś odwilż, wzrosło zagrożenie lawinowie i koniec końców zmieniliśmy plany i rozpoczęliśmy dzień od teorii na temat lodowców, autoratownictwa, wchodzenia po linach (prusikowanie), budowania stanowisk oraz wyciągania ludzi ze szczelin lodowcowych. Najpierw niecałe 4 godziny teorii na sucho w pokoju, a potem praktyka niedaleko Murowańca na dość stromym, ale niskim stoku. Merytorycznie było ciekawie i dużo się nauczyliśmy.
Wieczorem po zajęciach odbyły się dwa wykłady. Pierwszy był o sprzęcie i ubraniach i można tam było znaleźć wiele mądrych rad na temat tego co kupować, a czego nie. Drugi wykład był na temat taktyki i ten wydawał mi się mniej interesujący. Zbyt wiele ogólników, za mało konkretów. Można by zamknąć ten wykład w kilku zdaniach.


Kościelec z profilu. Piękny!
Następnego dnia wyruszyliśmy na wycieczkę. Celem była Świnica. Po drodze nasz instruktor uczył nas jak przechodzić odcinki zagrożone lawinami, jak używać raków i czekana, a podczas wejścia na Świnicę powiązaliśmy się parami i ćwiczyliśmy asekurację lotną. Dużo ciekawych, ważnych a jednocześnie prostych i przydatnych rzeczy się dowiedzieliśmy. Do tego mieliśmy ładną pogodę więc wycieczka ze wszech miar była udana. Wieczorem znów wykłady. Tym razem case study różnych wypadków górskich i analiza błędów jakich dopuścili się ich uczestnicy - bardzo ciekawe i dobrze poprowadzone. A potem wykład na temat biwakowania (planowanego i nie) w górach. Był to najlepiej poprowadzony wykład. Z jajem, konkretny, interesujący. Prowadzący (nasz instruktor ;)) dostał jako jedyny brawa na koniec wykładu. Muszę przyznać, że urósł w moich oczach :)


Marian na lodospadzie. Nie odpadł ani razu :)
Ostatniego dnia czekał na nas lodospad. Ćwiczyliśmy wspinaczkę po lodowym wodospadzie przy użyciu czekanów i raków. Bardzo emocjonujące, choć mniej przydatne do takiej amatorskiej turystyki.
W drodze powrotnej poćwiczyliśmy jeszcze hamowanie czekanem podczas zjazdów a potem już szybko do schroniska i na dół do Kuźnic.

Oczywiście wyjazd był bogaty w masę śmiesznych przygód, nowych znajomości i dostarczył nam mnóstwo emocji, ale nie ma czasu by to wszystko spisywać. Krótko podsumowując było super. Merytorycznie kurs jak najbardziej wart swojej ceny. Gdyby tylko popracowano trochę nad organizacją... ;)

Fotki z wyjazdu: https://picasaweb.google.com/pabicht/2011_01_06_Zimowy_Kurs_Turystyki_Wysokogorskiej

Comments

4 Responses to “Zimowy Kurs turystyki wysokogórskiej”

Marian pisze...
15 sty 2011, 15:02:00

Imo warto było :)

Krasus pisze...
17 sty 2011, 15:42:00

Przez kogo było robione to szkolenie? Widziałem ofertę na wyprawy.net i zastanawiam się, czy się nie wybrać.

Tomek Pabich pisze...
17 sty 2011, 17:16:00

www.kilimanjaro.com.pl

Krasus pisze...
18 sty 2011, 10:24:00

dzięki, obejrzę sobie i porównam:)

Prześlij komentarz