Długi weekend majowy - 10 Mila


Mary na dobiegu do mety pierwszego dnia
Susza jak na pustyni. Nic się nie dzieje na tym parszywym blogu! Skandal! Na swoje usprawiedliwienie jak zwykle nic nie mam. Praca nad Nowym mBankiem kosztuje dużo czasu, treningi i Hanka zabierają też ładny kawałek, a to co zostaje jakoś ostatnio wolałem przeznaczyć na inne rzeczy niż blog, ale dziś postanowiłem to zmienić i znów trochę popisać, przynajmniej o tych rzeczach najciekawszych, a do tych z pewnością należy 10Mila - szwedzkie zawody sztafetowe ściągające co roku ładnych kilka tysięcy ludzi.
W tym roku Marysia zapisała się do Szwedzkiego klubu Taby OK i wymogiem klubu jest aby wystartowała na kilku najważniejszych dla nich imprezach, między innymi właśnie na 10Mili. Stąd też wyjazd mieliśmy zaplanowany już dość dawno temu. Jechaliśmy bez Hanki, którą z uwagi na częste choroby postanowiliśmy zostawić u Marysi mamy. Na szczęście się zgodziła. Z perspektywy czasu stwierdziliśmy, że ten wyjazd byłby dużo, dużo trudniejszy z mały dzieckiem.

Mary na ostatnim punkcie, 4 dzień
Tanie linie do Sztokholmu? wiadomo - Wizzair. Na lotnisku mieliśmy być 40 minut przed godziną odlotu. Z domu wyjechaliśmy z zapasem czasowym. Zamówiłem miejsce na jakimś najtańszym parkingu w okolicy lotniska i w drogę. Z początku wszystko wyglądało dobrze, ale im dalej w las tym więcej grzybów, kurde. Okazało się, że na trasie do Wawy jest w wielu miejscach ruch wahadłowy, który skutecznie wydłużał nasz czas podróży. Po kilku godzinach w końcu zaczęliśmy się martwić na tyle, że zamiast zatrzymać się w macu podjechaliśmy tylko do McDrive'a. Przed samą Warszawą się trochę wyluzowało i na parking dojechaliśmy równo o 18, czyli tak jak rano ich uprzedzałem. Na miejscu okazało się jednak, że bus parkingowy właśnie pojechał na lotnisko z innymi pasażerami i musimy poczekać aż wróci. Do lotniska daleko nie jest. Policzyłem na szybko że nadal powinniśmy zdążyć, więc czekaliśmy. Mogliśmy zamówić taksówkę, ale podjęliśmy ryzyko i... spóźniliśmy się na odprawę!

Kobiety na 10Mili po starcie masowym biegną przez pole
Po szaleńczej jeździe rozklekotanym busem (czułem się jakbym jechał bryczką, tak nas telepało) byliśmy na lotnisku idealnie 40 minut przed odlotem, ale zanim dotarliśmy do naszej odprawy bagażowej byliśmy już minutę spóźnieni. Tanie linie to tanie linie i nie ma przebacz. Gdybyśmy lecieli na przykład LOTem, to pani by się uśmiechnęła, powiedziała że jeszcze spokojnie zdążymy, wzięła od nas bagaże i wskazała nam odpowiedniego gate'a, ale nie w Wizzair. "Przed chwilą zamknęliśmy odprawę, jej ponowne otwarcie nie jest możliwe. Przykro nam". Przed totalnym uziemieniem uratowało nas to, że mieliśmy zrobioną odprawę online. Ze wszystkimi bagażami (podręcznymi i dużymi) przeszliśmy do strefy bezcłowej (po drodze musieliśmy wyjąć WSZYSTKIE płyny z dużych bagaży. Żegnaj szamponie, pianko do golenia, wodo mineralna, żubrówko... Musieliśmy zarejestrować bagaże przy boardingu, co kosztowało nas dodatkowe 540 PLN i dopiero wtedy mogliśmy udać się do samolotu. Generalnie pomimo że lecieliśmy tanimi liniami był to chyba mój najdroższy bilet lotniczy w życiu...

Statek Vasa
No ale nic. Trochę się nastresowaliśmy (głównie Mary ;)), ale w samolot wsiedliśmy i na miejsce dolecieliśmy zgodnie z planem, tylko z chudszym portfelem ;) Autobus do Sztokholmu, metro, pociąg, krótki spacer i kilkanaście minut po północy byliśmy na miejscu, czyli w domu Państwa Bachmanów, którzy na kilka najbliższych nocy użyczyli nam jednego pokoju w ich przepięknym domku (tak mówi Mary). Zmęczeni szybko poszliśmy spać, zaraz po tym jak zdobyłem hasło do sieci wi-fi :D
Następny dzień zaczęliśmy od poznania naszych gospodarzy. Helena i Karl Bachmanowie byli bardzo sympatyczni. Przygotowali nam śniadanie (i wiele innych, przepysznych posiłków w ciągu kolejnych dni), wypytali o nasza podróż i odpowiedzieli na wszelkie pytanie jakie mieliśmy. Poznaliśmy też ich syna (Anton), który jest guildmasterem jednej z najsilniejszych gildii w World of Warcraft, oraz córkę (Anna), która niedawno zmieniła klub porzucając rodzinne Taby i jednocześnie zmieniając miejsce zamieszkania. Generalnie wszyscy bardzo mili i z każdym dało się porozmawiać, bo w Szwecji język angielski jest powszechny jak u nas  karp na Boże Narodzenie.
Była sobota i czas na pierwszy kontakt ze szwedzką mapą. Ja wprawdzie 5 lat temu miałem raz okazję biegać w okolicy Goteborga, ale dla Marysi był to debiut. W planie mieliśmy kilka startów "na rozgrzewkę", a 10Mila odbywała się dopiero w kolejny weekend.

Gdzieś w Sztokholmie
Wspólnie z Bachmanami pojechaliśmy do centrum zawodów organizowanych de facto przez Marysi klub - Taby OK. Na zawodach było około 2000 uczestników, ponieważ start był jednym z cyklu Silva Ligue, który to jest zazwyczaj bogato obsadzany przez światową czołówkę. Był też Thierry :)
Pooglądaliśmy sobie jak się robi tak duże zawody, pobiegaliśmy, a potem płakaliśmy całe popołudnie. Mnóstwo błędów, finalne tempo żałosne, ale za to tereny wspaniałe. Następnego dnia wcale nie było lepiej, choć Kalle Bachman robił z nami co wieczór analizę tras i dawał nam mnóstwo cennych wskazówek.

Po zakończeniu Silva Ligue przez kolejne dwa dni (poniedziałek i wtorek) biegaliśmy na lokalnych zawodach, na których było z 800 startujących. Teren bardzo podobny, więc teoretycznie powinno być lepiej, ale o ile podczas biegu czułem, że jest poprawa, to końcowy czas zupełnie tego nie odzwierciedlał. U Mary widać było poprawę ostatniego dnia, i nawet Calle zauważył, że nie biorę sobie do serca jego uwag tak dobrze jak moja żona (potwarz! łgarstwo! mapa się nie zgadzała! ;)) Tak czy owak były to bardzo fajne 4 biegi, ale ja potrzebuję więcej, żeby w tamtym terenie zacząć ogarniać mapę w szybszym biegu.


Gdzieś indziej w Sztokholmie
W środę zrobiliśmy sobie odpoczynek i pojechaliśmy zwiedzać Sztokholm. Odpoczynek się nie udał, ale zwiedzanie już tak. Połaziliśmy, pozwiedzaliśmy. Najciekawszym punktem był Vasa Warship - statek wyłowiony kilkadziesiąt lat temu z pobliskiej zatoki. Pomimo że pochodzi z XVII wieku to zachował się idealnie. Wyglądał jak Czarna Perła w Piratach z Karaibów i robił wrażenie. Możecie go obejrzeć na zdjęciach (link na dole).

W czwartek zrobiliśmy sobie LB (Leżenie Bykiem), ale po południu pojechaliśmy na trening techniczny organizowany w każdy czwartek w klubie Taby OK. Mary pobiegła sobie spokojnie, co by nie męczyć się przed 10Milą, a ja szybko, co by się porządnie pogubić. I jej i mi trening się udał.

Po dwóch dniach przerwy w piątek znów zaczynało się solidne bieganie. Tym razem bieg na dystansie sprinterskim w terenie miejskim. Ponieważ mnie bolała stopa, to sobie odpuściłem i zająłem się kibicowaniem i fotografowaniem. Było komu pstrykać zdjęcia, bo na ten bieg zjechało się już sporo osób z Polski. Mary pobiegła dobrze, ale oberwała biegowo. Z Polaków ładnie wypadł Olej, który był chyba piąty.


Olej na finiszu podczas piątkowego sprintu
Następnego dnia zaczynało się szaleństwo. Kiedy dojechałem na miejsce (m. in. razem z Hewim, który miał wyznaczony ten sam transport co ja), to dziewczyny były już prawie rozgrzane i szykowały się do startu. Dziarskim krokiem ruszyliśmy więc w kierunku tłumu gapiów skupionych w okolicy startu i oczekiwaliśmy na sygnał. Najpierw zrobiło się cicho, potem usłyszeliśmy bębny bijące w rytm serca, a potem BAM! Głośny wybuch i poszły! Ilość sztafet robiła wrażenie. Biegły i biegły, rozciągając się coraz bardziej i bardziej, aż w końcu zniknęły w lesie. Sztafet żeńskim było około 300 i każda miała 5 zmian. Mary pobiegła na pierwszej zmianie w drugiej sztafecie. Nie udało mi się dojrzeć jej na starcie w tym tłumie, ale już na finiszu ją widziałem. Pomimo wcześniejszych obaw pobiegła dobrze i uplasowała swoją sztafetę w środku stawki.

Start masowy kobiet na 10Mili
Reszta dnia minęła nam na zwiedzaniu i dopingowaniu. Było co oglądać, bo do dyspozycji zawodników i kibiców było kilka hal i mnóstwo terenu otwartego. W halach znajdowały się sklepy, stoiska reklamowe, stołówka, organizacja biegu OPEN. A poza halami można było podziwiać wielkie pole z wojskowymi namiotami typu wigwam, łąkę pełną samochodów typu Camper, kilka rzędów białych namiotów klubowych, inne namioty klubowe porozsiewane po okolicy, oraz następne pole namiotowe, tym razem dla zawodników i kibiców z własnym namiotem turystycznym.


Finisz pierwszej zmiany mężczyzn na 10Mili
Główna atrakcja miała nastąpić dopiero wieczorem, kiedy to na starcie zgromadziły się pierwsze zmiany męskich sztafet (dziesięciozmianowych). Zmrok dopiero się zbliżał, ale wszyscy mieli już na głowach lampy. Wiedzieli, że za 15 minut nic na mapie już nie zobaczą. Start, podobnie jak u kobiet, był celebrowany, ale jak już ruszyli, to z przytupem :) Zawinęli ze 3 zakręty i już ich nie było widać, a tłum gapiów przemieścił się w okolicę wielkiego telebimu aby śledzić dalsze zmagania dzięki radiokontroli, kamerom TV na kilku punktach oraz trackingowi GPS. Postanowiliśmy poczekać do końca pierwszej zmiany, a potem iść spać. Większośc osób pomyślała chyba podobnie, bo po pierwszych kilkudziesięciu biegaczach (a nadbiegali praktycznie wężykiem) arena zaczęła pustoszeć.

Pole namiotów wojskowych. W takim spaliśmy
Udaliśmy się do jednego z przyznanych nam wojskowych namiotów i tam, ubrani we wszystko co mieliśmy i wciśnięci najgłębiej jak się dało w śpiwór poszliśmy spać. Temperatura w okolicach 2 stopni Celsjusza sugerowała, że to nie będzie relaks, lecz walka o przetrwanie. Ja wytrzymałem do 5:30 i wstałem, bo już z zimna nie mogłem zasnąć. Poszedłem kibicować i kampiłem w okolicach telebimu podżerając dietetyczny chleb (tzw. dachówki) i ciesząc się pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Mary dołączyła do mnie po 7. Wspólnie doczekaliśmy do momentu kiedy bieg ukończyło kilka pierwszych zespołów i zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami udaliśmy się w miejsce zbiórki, gdzie czekał na nas samochód, który zawiózł nas na lotnisko. Po kilkunastu godzinach byliśmy w domu, zmęczeni, ale szczęśliwi.

Szwecja to piękny kraj. Ludzie są wspaniali, mówią po angielsku i można pić wodę z kranu. Tereny są czadowe, mapy dokładne, zawody zrobione z rozmachem, a do tego wszyscy mnie klepali po plecach i mówili "poczekaj aż zobaczysz jak wygląda Jukola!".
Chyba muszę się zapisać do jakiegoś Szwedzkiego klubu... ;)

Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/100266231970020316192/2012_04_27_Szwecja_10Mila

Comments

5 Responses to “Długi weekend majowy - 10 Mila”

Chrupek pisze...
24 maj 2012, 22:41:00

Super relacja, wszystko klarownie opisane:) Akurat dla takiej osoby jak ja, która na razie może to wszystko sobie tylko wyobrażać. pozdro

Marian pisze...
25 maj 2012, 13:32:00

Najlepszy tekst od jakiegoś czasu. Szczególnie trafne podsumowanie treningu w Taby lol.

Pabich Tomek pisze...
25 maj 2012, 13:38:00

to ciekawe ze tak sie podoba bo pisane niemal ze na kolanie :-)

Gohan pisze...
26 maj 2012, 14:03:00

Fajny wpis, ale ja wolę te z większą ilością śmiesznych tekstów, więc nie uznam go za najlepszy ;) I dobrze, że wreszcie coś napisałeś, bo serio pustką tu już zalatywało :P

A. pisze...
30 maj 2012, 23:45:00

Mi też się wyjątkowo spodobał :)I tym bardziej teraz chciałabym kiedyś wpaść tak turystycznie na takie wielkie zawody, żeby móc poczuć atmosferę :)
Agata Lech

Prześlij komentarz