Atak klonów Mikołajów

Kolejne kilometry do dzienniczka i kolejny półmaraton zaliczony. 6 grudnia wybraliśmy się na Półmaraton Świętych Mikołajów do Torunia. Teraz już wiem, że ta impreza na stałe zagości w moim kalendarzu biegowym. Bo gdzie indziej można spędzić mikołajki jak nie w mieście najmądrzejszego i najbardziej znanego Mikołaja?



Dzień zaczął się bardzo wcześnie bo już o 5.30 zadzwonił budzik i musieliśmy wstać aby na czas dotrzeć do Torunia. Z Żytowic ruszyliśmy w składzie: ja, Rafał, Gacek, Róża, a z Łodzi zabraliśmy Witka. Jeszcze o 7 czuliśmy się jakby był środek nocy, potem powoli zaczęło się przejaśniać ale i tak dzień był bardzo ponury. Nie pomogła nawet kawa na stacji, do Torunia wszyscy poza kierowcą spali.

Na miejscu jak tylko zobaczyliśmy kręcących się biegaczy adrenalina poszła w górę i zaczęły się przedstartowe nerwy. Niby wiadomo, że przyjechaliśmy tylko dla zabawy ale i tak tętno spoczynkowe biło wszelkie rekordy i jeszcze nie zaczęliśmy biegu a już mieliśmy po 100 uderzeń. Zaparkowaliśmy zaraz koło mety, biuro też było niedaleko i szybko odebraliśmy pakiety i mikołajowe czapeczki. W szatni bardzo miłe zaskoczenie, bo czysto, pusto i są prysznice. Nauczeni w Warszawie, że nie zostawia się rzeczy w depozycie wszystko zamknęliśmy w samochodzie. Dotruchtaliśmy do startu, Gacek zrobił nam zdjęcia i zaczęliśmy rozciąganie, gdy nagle padły strzały i ludzie zaczęli biec. Bardzo nas to zaskoczyło, bo było jeszcze 15 minut do planowanej godziny startu. Po kilku metrach jednak wszyscy się zatrzymali, bo to był tylko start honorowy. Start właściwy też ruszył za wcześnie ale wtedy staliśmy już na dobrej pozycji i byliśmy całkowicie gotowi do biegu.

Start... i zaczęło się najlepsze, tylko koło 2 km po asfalcie a potem las, błoto, piach, kałuże, górki. Brakowało tylko śniegu. Każdy kilometr inny i nieprzewidywalny, las zmieniał się szybko, raz płasko, a za chwilę górki, wysoki czysty las a za zakrętem młode choinki. Zaczęliśmy wolno, rozmawiając ze sobą i napotkanymi ludźmi i powoli się rozpędzaliśmy. Planowałam nie biec szybciej niż BCII ale jednak pokusa wyprzedzania była za duża, a i Witek próbował mi uciec, także musiałam przyspieszyć. Ostatnie 300m na stadionie, gdzie chyba każdy dostawał skrzydeł i czuł się jak prawdziwy sportowiec. Na mecie Witek był po 110 minutach a ja 30 sekund za nim. Rafał do 8 kilometra dzielnie biegł z nami, później my przyspieszyliśmy, a on trochę zwolnił, ale i tak skończył bieg w 122 minuty, poprawiając swój majowy czas o 13 minut, na bardzo wymagającej trasie. Na mecie otrzymaliśmy śliczne medale w kształcie dzwoneczka i ciepłą herbatę. W szatniach nadal nikogo nie było i bez kolejki można było się wykąpać w ciepłej wodzie. Nie pamiętam, żeby na jakimś biegu były tak luksusowe warunki.

W drodze powrotnej oczywiście obowiązkowy przystanek w Maku, gdzie wywołaliśmy spore zamieszanie wśród obsługi chcąc zapłacić kartą z PayPass i otrzymać za to gratis. Bo jeśli jeszcze nie wiecie, to teraz jest promocja, dzięki której po zakupie zestawu i zapłaceniu kartą PayPass otrzymuje się dowolny deser lub kawę. Pani nie bardzo wiedziała jak się płaci taką kartą ani jaki produkt może nam dać, ale w sumie na tej je nie wiedzy nie wyszliśmy źle, bo Gacek z Różą dostali kawę nie kupując zestawu :) Dalsza część drogi minęła nam szybko i wieczór spędziłam już na odpoczynku w domu. A w poniedziałek żadnych zakwasów... jak dobrze, że nie było asfaltu.

Comments

2 Responses to “Atak klonów Mikołajów”

kajo pisze...
15 gru 2009, 23:45:00

niektórzy to mają zdrowie... pozazdrościć :)

Tomek Pabich pisze...
24 gru 2009, 09:55:00

To to była przyjemność :)

Prześlij komentarz