Zakopane +/- 20

Za mną już trzeci tydzień szkolenia Six Sigma Black Belt. Drugi raz spotkaliśmy się w Zakopanym z czego byłem bardzo zadowolony, ponieważ po raz kolejny mogłem napawać się pięknem naszych gór. Tym razem zastałem je spowite w białym puchu, delikatne, niewinne, olśniewające, ale z drugiej strony srogie i bardzo niebezpieczne. Ledwie zajechałem, a już żałowałem, że nie wziąłem aparatu. Tyle chciałbym Wam pokazać! Trudno, stało się, będziecie musieli się zadowolić opisem słownym. Usiądźcie wygodnie i uruchomcie wyobraźnię, bo będzie nietypowo...

Drugi trening w górach udało się zrobić jeszcze za dnia. Zajęcia skończyliśmy wcześniej, ledwie godzinę po obiedzie. Wyjrzałem za okno by się upewnić, że jeszcze coś widać. Decyzję podjąłem natychmiast. Idę biegać. Reszta chciała jechać na Krupówki, centrum kiczu w środku Zakopanego. Ani przez moment się nie wahałem. Popędziłem na górę do pokoju, migiem wdziałem strój biegowy, złapałem w biegu kluczyki i dokumenty do samochodu służbowego i po chwili już byłem na dole. Powiedziałem, że mogą jechać sami i nie zwlekając ani chwili wybiegłem z budynku. Nawet nie spojrzałem na stary termometr wiszący na zewnątrz, ale po muśnięciu chłodu na twarzy poznałem, że jest około -12 stopni. Taka temperatura zmuszała do szybszego tempa. Podkręciłem nieco obroty, ale nie za dużo. Chciałem pozostać w BC1 i jak najdłużej bronić się przed kolką, której się spodziewałem lada chwila.
Było cudownie. Droga ośnieżona, miejscami wyślizgana do lodu. Z gór schodzili wycieczkowicze opatuleni w puchowe kurtki, wełniane czapki i rękawiczki oraz solidne, zimowe buty. Szli parami, pod rękę, lub całymi rodzinami. Wszyscy uśmiechnięci, szczęśliwi, zaczarowani przez otaczające ich góry. Dziewczyny chichotały kiedy je mijałem. Pewnie nabijały się z mojej komicznej czapki z trzema rogami. Nieważne, pozdrowiłem je ręką, a one odmachały jednocześnie tracąc równowagę. Ledwo ustały i wybuchnęły jeszcze głośniejszym śmiechem.
Lekko zaniepokojony minąłem bramkę wejściową do parku narodowego z ulgą stwierdzając, że nikt w niej nie siedzi. Nie zabrałem żadnych pieniędzy by opłacić wstęp. Kawałek dalej dobiegłem do rzeki, która miała mi towarzyszyć przez większość dystansu. Poczułem chłodniejsze powietrze, które po raz kolejny skojarzyło mi się z morską bryzą. Zrobiło się zimniej, ale byłem na to przygotowany. Poprawiłem nowe rękawiczki i jeszcze bardziej dziarskim rytmem podreptałem w stronę schroniska. Po drodze dwa razy biegłem przez duże polany, na których zwalniałem by móc podziwiać niezwykle malownicze skały po obu stronach doliny. Kiedy byłem tu miesiąc temu wydawały mi się takie pospolite. Tego dnia jednak nabrały duszy. Ośnieżone, spowite w chmurach wyglądały, jakby czaiły się, czekały na odpowiednią okazję by dopaść swoją ofiarę i zabić ostrymi jak brzytwa graniami. Samotne drzewa rosnące w niemożliwych miejscach, zdawało by się niemal na pionowej ścianie, bieliły się na tle ciemnych skał jak stare blizny na pomarszczonej skórze. Górując niepodzielnie nad całą doliną budziły podziw i szacunek. Sprawiały, że czułem się tylko malutkim ziarenkiem piasku na pustyni wszechświata.
Tuż przed schroniskiem skręciłem w lewo na czarny szlak do stawu. Momentalnie droga stała się nierówna, kamienista i dużo bardziej stroma. Musiałem zwolnić by nie wchodzić w BC3. Przez kilkanaście minut z wysiłkiem pokonywałem kolejne podbiegi wlepiając przez cały czas oczy w ziemię i wypatrując zdradliwych kamieni pokrytych jeszcze bardziej zdradliwym lodem. Kiedy po kolejnym wypłaszczeniu zbierałem siły na następny podbieg nagle wszystko sie skończyło. Skończył się las, skończyła się ścieżka, a ja dosłownie znikąd wybiegłem na malutką polankę tuż przy zamarzniętym, zupełnie białym stawie. Zaskoczenie szybko ustąpiło miejsca zachwytowi. Nie było żadnych innych śladów na śniegu, co oznaczało, że byłem tu pierwszą osobą tego dnia. Pewnie nikomu nie chciało się iść tak daleko. Polanka było otoczona skromnym drewnianym ogrodzeniem, a tuż za nim znajdował się twardy, dziewiczy lód. Nie było na nim żadnych śladów. Żadnych patyków, kamieni. Otulała go delikatna jak puchowa pierzynka warstwa śniegu. Wokół był las. Biały z zewnątrz, ciemny wewnątrz. Jak w bajce. Nad lasem, w oddali pięły się w górę kolejne szczyty. Nie potrafiłem ich nazwać, ale jakie to miało znaczenie? Były cudowne. Oszronione, ośnieżone, tu łyse, tam zarośnięte, a ich czubki spowite w gęstych chmurach. Zaczął padać śnieg. Drobne płatki lądowały mi na rękach. Po raz kolejny zastanawiałem się jak to możliwe, że każdy z nich jest inny. Zimno sprawiało, że mogłem się im dokładnie przyjrzeć zanim ciepło bijące spod rękawiczek kazało im się rozpuścić w drobną, przezroczystą kroplę wody. Przeszedł mnie dreszcz. Mróz zaczynał zapuszczać swoje macki pod ubranie. Czułem już jego lodowaty dotyk na plecach, całkiem mokrych od potu, i na przedramionach. Rzuciłem ostatnie, tęskne spojrzenie na tą baśniową krainę i ruszyłem w drogę powrotną.
Szkoda że nie mieszkam w górach...

Comments

5 Responses to “Zakopane +/- 20”

Gohan pisze...
28 gru 2009, 22:22:00

No, no, ależ poetycki wpis :) Miło się takie rzeczy czyta i od razu człowiek zazdrości, że to nie on był bohaterem tej bajkowej opowieści. Czekam na kolejne takie notki z niecierpliwością :)

Banach Robert pisze...
9 sty 2010, 11:51:00

Po twojej relacji nabrałem ogromnej ochoty na odwiedzenie tego miejsca. Staw Smreczyński - bo chyba o niego chodzi - jest równie piękny latem, więc życzę ci odwiedzin tegoż miejsca w okresie letnim.
Ja już od poniedziałku przez następne dwa tygodnie będę miał możliwość biegania w tym rejonie. Obiecałem sobie tam wpaść nacieszyć oko:)
Pozdrawiam

Mary pisze...
9 sty 2010, 12:59:00

Tak, to staw Smreczyński.
Już zazdroszczę :)
Wycieczkę w Tatry latem już luźno planujemy. Może się uda jak starczy urlopu... :)

Banach Robert pisze...
21 sty 2010, 21:58:00

Jak obiecałem tak i zrobiłem. Dzięki za zmobilizowanie mnie do odwiedzenia stawu. Zabrałem tam ze sobą dwójkę "nowicjuszy" i byli również pod wrażeniem tego miejsca!!!
Postaram się wkrótce wrzucić kilka ilustracji na swojego bloga - na tekst się nie będę silił, bo i tak ciebie nie przebiję :)
Pozdrawiam

Tomek Pabich pisze...
26 sty 2010, 22:18:00

Super. Ja już żałuję, że ostatni tydzień szkolenia mam gdzie indziej, daleko od jakichkolwiek gór. Pot wylewam na bieżni mechanicznej, a smutki topię w basenie. Chętnie zobaczę zdjęcia, czekam z niecierpliwością :)

Prześlij komentarz