Dwubój + meczyk = zakwasy

Kolejny weekend nareszcie mogłem spędzić w domu (no prawie) i pierwszy raz od dość długiego czasu odpalić mojego Xboxa i nareszcie zagrać w coś innego niż CS. Muszę przyznać, że po kilku weekendach poza domem zaczynam jednak tęsknić za chwilą spokoju i relaksu. Ale, ale, zanim udało mi się dorwać do konsoli musiałem najpierw odbębnić swoje, zaliczyć sobotnie zawody i niedzielny meczyk :) Lekko nie było i teraz ledwo chodzę, ale wspomnienia są dobre, no bo jak tu źle wspominać takie fajne zawody i kilka pięknych bramek?

Dwubój organizowany przez Orientuś był dla mnie czymś nowym (chociaż bieg tego typu miał miejsce już rok temu) i spodziewałem się zwyczajnie dobrej zabawy. Nie nastawiałem się w ogóle na ściganie. Chciałem sobie spokojnie pobiegać, najlepiej z mapą. Na miejsce pojechaliśmy w 5 osób: ja, Mary, Chrupek, Jaro i Olej (na którego musiałem się podąsać z pół godziny, bo spóźnił się na zbiórkę). Na miejscu byliśmy na czas, ale start opóźnił się po stronie organizatorów. Cóż, nie obchodziło mnie to za wiele. Po prostu poszliśmy zrobić sobie dłuższą rozgrzewkę. Nawet się cieszyłem, że będę mógł więcej pobiegać, bo czwartek i piątek przebalowałem i chciałem zrzucić natrętny kilogram, który się mnie uczepił jak rzep psiego ogona. Zawody miały dwie odsłony. Najpierw odbywał się bieg przełajowy na dystansie 2,6 km, a potem sprint na mapie (około 1,5 km). Dla Orientusia był to sprawdzian biegowy co oznaczało, że wszyscy idą na maksa. Trochę kiszka, no ale co począć. Musiałem zmienić trochę założenia i też się przyłożyć. Nie był to wprawdzie mój max, ale dałem z siebie sporo, tak z 90%. Potrzebowałem 9 minut i 52 sekundy na ukończenie trasy, co było zadowalającym wynikiem. Dużym zaskoczeniem byli młodzi z Orientusia, którzy skończyli przede mną, szczególnie Witek, który był trzeci. Nieźle, nieźle.
Przed drugą odsłoną zawodów znów była spora przerwa, więc poszliśmy potruchtać po lesie z mapą i przy okazji sprawdzić jak radzi sobie Jaro. Szło mu raczej słabo. Nie radził sobie z nawigacją i z trzymaniem odległości. Na szczęście na sprincie startował prawie na samym początku, więc były spore szanse, że jednak nie zgubi się aż tak bardzo. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po dość dobrym biegu (choć bez spinania się) zobaczyłem go dopiero na mecie. Porównując międzyczasy okazało się, że biegł całkiem dobrze, a nawet lepiej ode mnie, bo ja nie pobiegłem do szóstego punktu (nie zauważyłem go na mapie). W rezultacie Jaro był trzeci (podium), wyprzedzając mnie i Paszę, który także machnął sobie nykla. Nieźle Jaro! :)
Warto dodać, że zawody kosztowały nas 5 PLN, za co dostaliśmy start w zawodach + kiełbaska z grilla z bułką i ketchupem + naprawdę fajne nagrody (czekolady, mikołaje i inne słodycze). Tak to ja mogę startować! :) Dostałem czekoladę za piąte miejsce nawet z NKLem :) Czując że na nią nie zasłużyłem natychmiast poczęstowałem nią wszystkich wokół i szybko się skończyła :)

W niedzielę wymigałem się od wycieczki biegowej i poszedłem pograć w piłkę. Aby nie było że tylko gram najpierw machnąłem sobie 4 km BC1. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że mecz będzie trwał dwie godziny... No cóż. Z planowanego rozbiegania na koniec nic nie wyszło, bo ledwo mogłem chodzić, ale było warto, bo fajnie się grało. Obolały, podeptany i pokopany na resztę dnia zaszyłem się przed telewizorem i włączyłem Fifę 10, tak wychwalaną przez wszystkich. Nie jest zła, muszę to przyznać ;) Z drugiej strony nie jest też aż tak rewelacyjna jak się naczytałem.

Tym samym zakończyłem tydzień z kilometrażem ledwo powyżej 40 km, co przy innych zawodnikach wypada dość marnie. Snesik dla przykładu zrobiła ponad... 70! Ugh...

Comments

3 Responses to “Dwubój + meczyk = zakwasy”

marian pisze...
4 gru 2009, 00:57:00

Maja fart ze mnie nie bylo

Gohan pisze...
6 gru 2009, 16:32:00

Zdjęć wiecej nie macie? Czy po prostu nie wrzucaliście?

Tomek Pabich pisze...
7 gru 2009, 09:15:00

Ni ma więcej. Bez aparatu byliśmy.

Prześlij komentarz