Klubowe Mistrzostwa Polski - jesień 2011

KMP to zawsze u nas w klubie nie lada wydarzenie. Miejsce w lidze jest istotne dla naszego trenera ze względu na finansowanie klubu (szczycimy się tym, iż jesteśmy klubem pierwszoligowym), w związku z tym co roku na KMP wszystkich bez wyjątku obowiązuje maksymalna mobilizacja. Nie inaczej było i tym razem. Na zawody pojechali niemal wszyscy aktywni zawodnicy klubu z nadzieją, że zapunktują...
Kawał drogi do tego Złocieńca, a więc wyjazd wcześnie rano. Droga się nieco dłużyła, ale nie było tragicznie i dojechaliśmy sprawnie na miejsce (Ja, Mary i Hanka autem, reszta busem).
Pierwszego dnia czekał nas sprint. Zapowiadany był w 80% miejski, więc nastawialiśmy się na szybkie bieganie. Korzystając z tego, że mieliśmy jeszcze czas wolny poszliśmy z Mary i Hanką pozwiedzać teren biegu (można było to robić do godziny 15). To co zobaczyliśmy nie robiło na nas wrażenia. Ot zwykłe osiedle, żadnych fajnych zakamarków. Trochę baliśmy się punktów w lesie, bo mogły być czujne i rozstrzygające.
Za cel, jak zwykle na tego typu zawodach, obrałem sobie pokonanie Mariana. Tym razem wierzyłem, że się uda, ponieważ brat odpuścił sobie treningi i czułem się od niego mocniejszy (zazwyczaj jest odwrotnie). Zrobiłem solidną rozgrzewkę podczas której bolał mnie lekko prawy achilles. Niestety od mniej więcej dwóch tygodni odczuwam narastający ból tego ścięgna. Żebym tylko dotrwał do MP!
Na starcie byłem skoncentrowany. Uważnie obserwowałem Piotrka Leśniaka, startującego przede mną, który wystawił mi pierwszy punkt i wskazał kierunek odbiegu do następnego. Dzięki temu wejście w mapę poszło sprawnie. Miejską część trasy starałem się biec szybko. Cały czas szukałem Piotrka, w nadziei że zrobi błąd, dogonię go i powystawia mi trochę punktów, ale niestety go nie zobaczyłem. Zwolniłem trochę na ostatnich punktach, które były w lesie, mocno przycisnąłem finisz, i udało się! Historyczna chwila, Tomasz dziesiąty w Polsce :) Tempo poniżej 5 min/km. Pokonałem Mariana ze sporą przewagą i byłem bardzo zadowolony z biegu, który wyszedł praktycznie bezbłędnie. Szkoda, że był taki łatwy, bo to odebrało nieco radości.
Pozostali zawodnicy też wypadli bardzo ładnie. Punktowali chyba wszyscy oprócz jednej osoby. Brawo! Szczególne uznanie należy się Kindze Królik, która startowała w K14 (jako dwunastka) i zajęła 4 miejsce ze stratą 15s do pierwszego). Mary dała z siebie wszystko i ukończyła szósta. Miała najlepszy finisz :)

Następnego dnia czekał nas Middle. Spodziewaliśmy się nieco mniej przewyższeń. Parametry tras nas zaskoczyły. Nie było jednak źle. Biegaliśmy już w tym roku po większych górach. Tego dnia znów byłem bardzo zmotywowany. Ostatnio ładnie układały mi się biegi na mapie i miałem nadzieję, że tym razem też uda się ukończyć bez większych błędów.

Zacząłem mocno. Stwierdziłem, że najwyżej zwolnię na końcówce, jeśli braknie sił, ale miałem nadzieję, że jakoś dobiegnę. Niestety już na czwartym punkcie popełniłem błąd. Nie mogłem znaleźć kamienia w muldzie. Nie wyczytałem z mapy, że akurat ta mulda zaczyna się niżej i szukałem za wysoko. Później seria dobrych przebiegów. Na 10 punkcie dogoniłem Kamila i od tego momentu zwolniłem nieco. Czułem, że jest za szybko. Dwa punkty dalej dopadł mnie kryzys. Głowa chciała, ale nogi nie. Jak to w kryzysach bywa - przyszedł błąd. Nie dość że ponad minuta w plecy, to jeszcze dodatkowe poziomice do zrobienia. Na kolejny punkt znów błąd (tym razem wariantowy), ale potem udało mi się ogarnąć i do końca było już znośnie. Nawet udało się jeszcze przyspieszyć.

Ukończyłem dwunasty, co jest wynikiem dobrym. Z biegu jestem zadowolony. W sumie naliczyłem nieco ponad 3 minuty błędów. Gdyby nie dwa większe na 4 i 13 byłbym bardzo zadowolony. A tak - tylko umiarkowanie. Znów udało się wygrać z Marianem :) Muszę jednak przyznać, że po tym biegu bardzo bolały mnie nogi. Dałem z siebie wszystko.
Ładnie spisali się też pozostali. Znów wyróżniła się Kinga, która tym razem była trzecia ze stratą 3 sekund! do pierwszego miejsca. Ta dziewczyna ma potencjał! Siadło też Czikenowi, który był trzeci w M16. Mary po średnim biegu ukończyła trzecia, co było dla niej sporym zaskoczeniem. Wynik ten pokazuje jednak, że jest coraz mocniejsza biegowo. Dobrzeeeee ;)

Ostatnim etapem rywalizacji na Mistrzostwach były sztafety pokoleń. Siedem zmian, na każdej zmianie mogą startować zawodnicy z określonych kategorii wiekowych. Seniorzy (czyli ja) mogą biegać tylko na pierwszej zmianie (nocnej!) albo na ostatniej. Jako że nie lubię biegów nocnych z góry było wiadomo, że znów pojawię się na ostatniej zmianie i to w drugiej sztafecie (tak, są lepsi... ;)). Pierwsza zmiana startowała wieczorem w sobotę (zmiana nocna), a kolejne 6 zmian biegało następnego dnia, czyli w niedzielę. Ponieważ Hanka od tygodnia ma katar, postanowiliśmy nie jechać na nocną zmianę i pierwszy raz odpuściliśmy sobie kibicowanie sztafet. SMS z wynikami mnie nie obudził i dopiero rano dowiedziałem się, że Chrupek (nasza pierwsza sztafeta) dobiegł w czołówce stawki (strata 2 sekundy), a Marian (moja sztafeta) przybiegł nieco ponad 2 minuty później! Szok! Na Middlu stracił 11 minut na dystansie 5,5 km, a na nocnej zmianie tylko 2 min na dystansie 7,8 km. Brawo Marian!
Wyniki te nastrajały pozytywnie i pozwalały myśleć o medalu dla pierwszej sztafety i punktach dla drugiej.
W niedzielę pierwsza do lasu pobiegła Marysia, a za nią Gohan. Mary miała przybiec razem z czołówką, Gohan miała nie zrobić błędów. Niestety ani jedna ani druga nie wykonała zadania. Mary straciła około 3 minut przez źle narysowaną mapę, a Gohan  zabombiła ponad 7 minut na pierwszy punkt... Gohan, miałaś być filarem naszego zespołu! :)
Na trzeciej zmianie pobiegła Gośka Siess w pierwszej sztafecie oraz Kisiel w drugiej. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że na zmianie dziewczyn nie było żadnych rozbić. Co za żenada! Dawało to jednak nadzieję, na dobry bieg Gośki, o którą zawsze się boimy na sztafetach. Okazało się, że tym razem nie było potrzeby. Nie przybiegła w czubie, ale strata do poprzedzających ją zawodniczek była na tyle mała, że Daria mogła ją odrobić. Kiśla za to ani widu ani słychu...
Nic to, kibice skupili się na pierwszej sztafecie i z niecierpliwością oczekiwaliśmy na Darię na widokowym. Czy nadrobi? Okazało sie, że jednak nie. Czołowa seniorka w Polsce była za słaba na chłopaków z M18. Pobiegła dobrze (hehe :)) i nadal liczyliśmy się w walce o model. Naszymi rywalami był Śląsk Wrocław, (który wydawał się pewnym pretendentem do złota), Orientuś Łódź (dwie sztafety) oraz Paulinum Jelenia Góra (którzy wzmocnieni przez Monikę Deptę stali się bardzo niebezpieczni).
Darię zmieniła Kinga, spisująca się rewelacyjnie na tych zawodach. Wiedzieliśmy jednak, że ta zmiana może zakończyć się stratą. W końcu nasza "dwunastka" ścigała się z osiemnastkami lub chłopakami z M14. Ostatecznie Kinga zrobiła jeden błąd na 6 minut, a resztę trasy przeszła czysto. Myślę, że to dobry bieg w jej wykonaniu, biorąc pod uwagę różnicę wieku i umiejętności.
Wrócę na chwilę do drugiej sztafety, gdzie ja z niecierpliwością czekałem na ostatnią zmianę. Kisiel w końcu powrócił, a do lasu pobiegła Marta. Biegała 51 minut - dobry bieg. Potem na trasę poszła Magda, która biegała tylko minutę dłużej niż Kinga - bardzo ładnie. 6 zmianą miał Patryk, ale w tym momencie już nie śledziłem dokładnie sytuacji w mojej sztafecie, ponieważ absorbowała mnie walka w naszym pierwszym zespole. Wrócę więc do emocji z nimi związanych.
Kingę zmienił Cziken. Cziks jak to Cziks, mogł pobiec bardzo dobrze, albo nawet bardzo źle. Wszyscy oczywiście liczyliśmy na dobry występ i mocno trzymaliśmy kciuki. Nasza sytuacja wyglądała bardzo dobrze. Okazało się, że Kajo zrobił NKLa i sztafeta Śląska odpadła. To oznaczało, że zwolniło się jedno miejsce do medalu. Wyraźnie przed nami były dwie sztafety Orientusia z przewagą ponad 10 minut, sztafeta Paulinum (5 minut) oraz Góra Kalwaria (2 i pół minuty). W naszej okolicy było jeszcze wiele innych sztafet: Azymut 45 Gdynia (kilkanaście sekund przed nami), Tukan Iwiny (niemal równo), Arkady Raszków (niecała minuta przed nami), Traper Złocieniec (niecałe 2 minuty za nami). Tak więc Cziken miał doborowe towarzystwo i spore szanse na wykazanie się. Po cichu liczyliśmy, że Marko, z drugiej sztafety Orientusia, nie da rady fizycznie za Kluchą. Pierwszemu Orientusiowi daliśmy już złoto. Wciąż jednak mieliśmy chrapkę na drugie miejsce na podium.
Minuty mijały powoli, ale w końcu na widokowym pojawił się Dominik. Sam! Czyli Marko został z tyłu. O to chodziło. Baliśmy się, że pójdą razem, taktycznie. Długo nikt nie przybiegał. W końcu 10 minut później... Paulinum! Zaczęło się odliczanie, ruszyły stopery. Ile straty będzie miał Cziken? I do kogo? Minutę później na widokowym pojawił się Marko. Stopery złapały międzyczasy i dalej czekaliśmy. I w końcu się doczekaliśmy. Cziken wbiegł na widokowy w grupie. Nie prowadził tej grupy, ale widzieliśmy, że bardzo mocno goni i ciśnie ile fabryka dała. Miło było patrzeć na te jego długie susy. Tak się biega sztafety - na rzyganie! :) Na mecie był czwarty, ale już pierwszym zawodnikiem grupy (chwilę za nim przybiegł Azymut 45 Gdynia, Arkady Raszków i Tukan Iwiny). Straty wyglądały następująco: 3 minuty do Jeleniej Góry; 1:40 do drugiego Orientusia. Wtedy już wiedzieliśmy, że historyczne, drugie miejsce jest bardzo, bardzo blisko. Sztafety które przybiegły za Czikenem już się dla nas nie liczyły, ponieważ na ostatniej zmianie wybiegł Olej!
Na marginesie warto tutaj dodać, że Olej specjalnie na te sztafety wrócił z Junior European Cup z Austrii. Bez odpoczynku, strudzony, ale ambitny i chętny. Zawsze podobało mi się u Oleja to, że potrafi docenić to ile klub zrobił dla niego i chce się za to odwdzięczyć.
Wiedzieliśmy, że jest zmęczony po 3 dniach mocnego biegania, ale wiedzieliśmy też, że Michał Nowak z Paulinum nie jest aż tak dobry, by Olej nie dogonił go na 3 minuty. O Kamila Studenta z Orientusia nie martwiliśmy się wcale. To nie ten poziom rywalizacji, Wiedzieliśmy też, że Podzio jest nie do przejścia. Liczyło się tylko srebro! Po kilkudziesięciu ekscytujących minutach (podczas których mogliśmy oklaskiwać finiszującego spokojnie Podzia wraz z całą sztafetą - gratulacje!) na widokowym zjawił się Olej, za nim Michał Nowak z Paulinum oraz Jacek Nowak z Azymutu 45 Gdynia. Olej sprawiał wrażenie wyluzowanego. Kiedy go zobaczyłem, pomyślałem że kontroluje bieg już od jakiegoś czasu i dobrze wie, że nie mają z nim szans na finiszu. Chwilę później nasza sztafeta wbiegła na metę jako druga! Paulinum trzecie, Azymut 45 Gdynia czwarty. Wspaniały wyścig, wielkie emocje. Jak zwykle sztafety były najfajniejsze. Dwa zespoły z województwa Łódzkiego na dwóch najwyższych stopniach podium! To chyba już coś znaczy :)
Niestety sam nie mogłem się z nimi długo cieszyć, ponieważ zaraz po ukończeniu biegu przez pierwsze 3 sztafety został zorganizowany start masowy pozostałych zmian (czyli standardowo dla mnie). Ruszyliśmy dość spokojnie. Nie czułem się tego dnia silny. Dwa szybkie biegi mocno nadwyrężyły moje zasoby energii i od początku wiedziałem, że będzie ciężko. Po dwóch punktach zarysowała nam się grupa. Ja, Piotrek Leśniak, Mateusz Dzioba oraz Siódemka Rumia (ale nie wiem która... Grzegorz?). Tempo było dobre i dawałem radę... a raczej powinienem dać radę. Przy pierwszym motylku wykruszyła się Rumia i dalej biegliśmy we trójkę. Niezmordowanie prowadził Mateusz. Piotrek za nim, a ja na końcu. Walczyłem mocno, by utrzymać ich tempo. Kontrolowałem mapę, ale było ciężko. Najgorzej było w środku trasy, kiedy w jednym momencie byłem już dobre 50m za nimi. Zrobili błąd, podgoniłem. Kilka punktów dalej czułem, że wracają mi siły.
Niestety kiedy nadszedł decydujący moment biegu zawahałem się i nie wykorzystałem szansy, jaką mi dali. Na 20 pobiegliśmy drogą i wchodziliśmy od polanki po prawej. Chłopaki weszli za ostro. Ja skorygowałem i poszedłem bardziej w kierunku punktu. To był jedyny moment na trasie, kiedy poczułem, że prowadzę. Niestety po kilkudziesięciu metrach zwątpiłem. Zacząłem sie oglądać na chłopaków, zastanawiać co to była za przecinka i dlaczego wbiegam w gęstszy las. W końcu gdy Mateusz i Piotrek zawrócili, zawróciłem za nimi. Jak się okazało byłem nie więcej niż 10 metrów od punktu. Można powiedzieć, że mapa nie grała, jasne, ale faktem jest też, że brakło pewności siebie. Szkoda, tutaj mógł się rozstrzygnąć ten bieg. A tak, 2 minuty później byliśmy przy punkcie razem i tak już dobiegliśmy do mety. Wszyscy finiszowali mocno i nie dałem rady ich wyprzedzić, ale sam bieg był naprawdę dobry. Szybki i w miarę czysty (jakieś 3 minuty błędu). Niesamowite wrażenie zrobił na mnie Mateusz Dzioba, który prowadził właściwie całą trasę i fantastycznie wchodził nawet w te trudne punkty stojące po środku niczego. Nie dziwota, że Czikenowi jeszcze trochę do niego brakuje ;) Szkoda tylko, że jego poprzednik zrobił NKLa, w związku z czym cała sztafeta nie była klasyfikowana i jego wysiłek poszedł na marne. Dzięki za fajne ściganie. Szkoda, że nie byłem tego dnia w lepszej dyspozycji. Może za rok ;)
Ostatecznie uplasowaliśmy się na miejscu 16. Zapunktowaliśmy, a taki był cel. Brawo moja sztafeto! :)

Podsumowując - wyjazd był bardzo udany, tak dla mnie jak i dla całego klubu. Osobiście śmiem twierdzić, że zdobyłem ilość punktów której już nigdy na KMP nie zdobędę. Obym się mylił :) Mary wypadła też przyzwoicie. Sztafety wyszły rewelacyjnie, ogólnie - bardzo dobry występ. Oby tak dalej :)

Fajnie że wróciła do nas Daria :)

Już w najbliższy piątek - Mistrzostwa Polski! Bieg nocny i klasyczny. Nocny odpuszczam, ale Mary biega, więc będziemy! :) Do zobaczenia!

Przydatne link:
- Strona zawodów z wynikami
- Zdjęcia

P.S. Same zawody pozostawiały wiele do życzenia. Słabe mapy. Brak rozbić na sztafetach (!!!). Bardzo długie rozdanie medali na Sprint i Middle (ok, fajnie zorganizowane, ale ludzie chcą odpocząć...). Bardzo łatwy sprint. Brak wyników online. Tyle większych rzeczy, mniejszych bym jeszcze trochę powymieniał (do "srajki" w ToiToiach pewnie nawiąże Hewi) :)

Comments

8 Responses to “Klubowe Mistrzostwa Polski - jesień 2011”

Anonimowy pisze...
20 wrz 2011, 14:09:00

wyniki online był http://sobmark.info.pl/2011/kmp/online/index.php

Tomek Pabich pisze...
20 wrz 2011, 14:12:00

Gdy zaglądałem na tą stronę po Middle'u (wieczorem w sobotę) w nadziei na znalezienie końcowych wyników, widziałem tam tylko wyniki sprintu oraz listy startowe na Middle.

Marian pisze...
21 wrz 2011, 10:27:00

A gdzie ambicje? Za rok 2x pierwsza dziesiątka, easy game.

Tomek Pabich pisze...
21 wrz 2011, 10:35:00

Dam się młodzieży wykazać... :)

Hewi pisze...
21 wrz 2011, 12:10:00

w takim razie widzę że na łonie natury była pełna kulturka, w porównaniu do toiek :D

Gacek pisze...
23 wrz 2011, 14:33:00

Wyniki online były ale link podany na stronie zawodów był zły bo obejmowały tylko 1 dzień...
Jak się w adresie zmieniło "wyniki_1" na "wyniki_2" to wtedy działało.
To samo jest w tym linku podanym tutaj już w komentarzach. Jak się wejdzie na wyniki z 1 dnia to nie ma odnośnika na 2 dnień.
Ale te wyniki jakieś do dupy były. Nie dało się ładnie oglądać wybranej kategorii bo przy każdej aktualizacji wracały do K14 i trzeba było co chwile zmieniać.
Gratulacje dla Mary :-)

Mary pisze...
26 wrz 2011, 16:12:00

Dzięki Gacek :)

Anonimowy pisze...
30 wrz 2011, 23:54:00

Zgodzę się że zawody zostawiały wiele do życzenia, ale Traper organizował tak dużą imprezę pierwszy raz... Wydaje mi się, że pierwsze koty za płoty i więcej takich błędów nie będzie.
Gratuluje wyników:)

Prześlij komentarz