Obóz klubowu - Żelazko 2011

Minęło już trochę czasu, ale mimo to wciąż chciałbym podzielić się z Wami moimi wrażeniami z naszego tegorocznego obozu treningowego, który miał miejsce w znanym i lubianym Żelazku. Obóz był połączony z obozem kadrowym, więc wyjątkowo grupa ludzi do ogarnięcia była znacząca, a atmosfera wyraźnie inna, niż na typowym zgrupowaniu samego klubu.

Pierwszy raz w życiu podjąłem się opieki nad dziećmi. Nie było chętnych do tego karkołomnego zadania, więc się w końcu zgłosiłem, z oporami. Liczyłem na to, że uda mi się zapanować nad tym rozwydrzonym tłumem. W razie czego zawsze mogę użyć siły, nie? JAK TO NIE???
Do "dzieci" zaliczało się 8 osób, z czego na szczęście przynajmniej dwójka była już na tyle dorosła, że mogłem im delegować część zadań. Robiłem z nimi codziennie lekkie rozruchy (dzięki temu sam unikałem porannego biegania ;)), pilnowałem by codziennie mieli zorganizowany trening odpowiedni dla ich poziomu orientalistycznego, no i żeby mi nikt nie zginął w lesie. Popołudniami często grałem z nimi w Rugbówkę (połączenie siatkówki i rugby - nasz autorski pomysł), karty, a czasem organizowaliśmy jakieś zabawy fizyczne i umysłowe, braliśmy udział w lekkich, popołudniowych treningach, a dwa razy nawet udało się wysłać młodych na bieg nocny (oczywiście w patrolach). Ogólnie opieka nad dziećmi nie była zła. Rozrabiaków było mało i na szczęście autorytet pozwolił mi nad nimi skutecznie zapanować.

W osobnej kategorii plasowała się oczywiście Hanka, którą też trzeba się było zająć. Dużo czasu poświęcała jej Mary, ale ja również miałem swoje dyżury. Obóz z takim bobasem jednak jest męczący. Nie ma za bardzo kiedy odpocząć, a w dodatku często wstawaliśmy dużo wcześniej niż ogólna pobudka, bo Hanka jest rannym ptaszkiem. Na szczęście pozostali uczestnicy byli wyrozumiali i wieczorami nie było głośno, dzięki czemu udawało nam się chodzić spać pomiędzy 22 a 23 wieczorem, co zapewniało nam minimum snu. Mimo to pod koniec obozu miałem już dość. Z ciekawszych rzeczy - udało nam się spalić naszą córkę na słońcu, tak że nawet lekko zeszła jej skóra na skroni ;)

W głównych treningach starałem się uczestniczyć jak najaktywniej. Różnie to wychodziło ze względu na to, że często zaniedbywałem rozgrzewkę na rzecz przygotowaniu startu najmłodszych, ale generalnie nie było najgorzej. Główne 3 biegi (skrócone klasyki) udało mi się pobiec z zadowalającym mnie rezultatem, czyli zwycięstwo w grupie - do pokonania miałem przede wszystkim Mary i Czikena. Olej i Chrupek biegali w wyższej kategorii.
Dzięki temu, że nie biegałem rozruchów oraz treningów nocnych obciążenie obozowe było baaardzo niskie i nie dobiłem w tygodniu nawet do 50km. Nie martwi mnie to jednak. Ostatnio preferuję lekki a rozważny trening. I tak powoli zaczyna mnie już wszystko boleć, więc nie ma sensu przeciążać organizmu. Lata treningów pokazały, że łatwo łapię różnego rodzaju kontuzje, a więc tym razem wrzuciłem na luz, zobaczymy co się stanie.

Fajne było to, że wszystkie treningi biegaliśmy na czipach. Dzięki temu można było bardzo prosto porównać międzyczasy i zrobić analizę tras. Duży plus.
Trochę gorzej było z trasami. Część biegów była fajna - aktualne mapy, dość wymagające trasy, ale kilka treningów biegaliśmy na bardzo starych mapach, a kilka treningów można było lepiej zorganizować pod względem tras, ich stopnia skomplikowania.

Ogólne wrażenie - nie był to mój najlepszy obóz klubowy. Były i plusy i minusy, całość wyszła tak trochę lepiej niż przeciętnie. Najbardziej jestem zadowolony z moich postępów na mapie i na tym zakończę, bo to bardzo optymistyczna myśl :)

Comments

2 Responses to “Obóz klubowu - Żelazko 2011”

Marian pisze...
19 wrz 2011, 11:31:00

Mape poprawiłeś na tyle, że dostałem wpierdy na całym KMP :(

Tomek Pabich pisze...
19 wrz 2011, 11:35:00

Twoja forma biegowa nie pozostawała bez znaczenia ;)

Prześlij komentarz