Tatry, listopad 2012 - błoto, śnieg, lód i niedźwiedzie

Powoli tradycją staje się, że na pierwszego listopada razem z Mary ruszamy w góry. Mary po dość długiej przerwie, a ja po dość krótkiej (byłem miesiąc wcześniej). Co roku jeździmy coraz lepiej przygotowani, ale też za każdym razem okazuje się, że jednak niedostatecznie.

Razem z nami zabrali się Jaro i Tomek Łukawski, ale w sumie wspólną mieliśmy tylko podróż i wieczory w schronisku, ponieważ chłopaki planowali trasy zupełnie niezależnie od nas.
Pierwszego dnia standardowo wspięliśmy się do Murowańca. Po drodze wypatrywałem zapowiadanego szumnie w radiu wiatru halnego, ale taki ten halny był, że aż żal o nim pisać. Cały czas sączyła się lekka mżawka z nieba, co powodowało, że dość szybko nasiąkaliśmy wodą. W schronisku przez chwilę nie mogliśmy się zdecydować czy iść nad Czarny Staw, ale w końcu poszliśmy. Nad stawem już trochę wiało, a do tego zaczął padać silniejszy deszcz, tak więc bez zbędnej zwłoki wróciliśmy do schroniska.
Wieczór spędziliśmy z chłopakami przy kartach, grzybkach i drinkach.

Na pierwszy dzień prawdziwego chodzenia zaplanowałem wejście na granaty. Plan był taki: do Zmarzłego Stawu, potem w górę żółtym, zielonym i na końcu czarnym szlakiem aż do Orlej Perci. Potem kawałek Orlą Percią do granatów i zejście żółtym z powrotem do Czarnego Stawu. Trasa krótka, ale spodziewałem się, że może być wymagająca.
Do Zmarzłego Stawu dotarliśmy bez problemów. Dalej okazało się, że naszą trasą jeszcze nikt nie szedł, tak więc deptaliśmy pierwsze ślady. Śniegu było mało, ale dużo lodu, co miejscami sprawiało, że trasa była dość trudna. Przydały się nowo zakupione czekany!
Wszystko było ok do momentu, w którym zaczęło się prawdziwie strome podejście (tuż przed Orlą). Na sam początek czarny szlak zaserwował nam kilkumetrowy lodospad. Jako doświadczony w tej materii wspiąłem się na niego pierwszy, choć nie bez problemów. Mary podążyła za mną. Jednak kiedy pokonaliśmy tą pierwszą trudną przeszkodę stwierdziłem, że jeśli takich miejsc czeka nas więcej, to wycieczka tym szlakiem może być jednak zbyt niebezpieczna jak na nasze przygotowanie i zdecydowałem się zawrócić. Wykonaliśmy tak zwany "wycof" :)
Zejście w dół po lodospadzie było jeszcze trudniejsze niż wejście, ale udało się. Przetrawersowaliśmy do zielonego szlaku, którym spokojnie wspięliśmy się na Zadni Granat. W tym miejscu Orla Perć wyglądała dość spokojnie, więc postanowiliśmy spróbować przejść nią do żółtego szlaku. W sumie to kawałeczek, może z kilometr. Początek szedł dobrze. Mimo sporek ekspozycji poruszaliśmy się sprawnie do przodu (choć powoli). Raki i czekany dawały solidne oparcie dla stóp i rąk. Szlak z metra na metr robił się jednak coraz trudniejszy. Kiedy dotarliśmy do miejsca, w którym trzeba było iść po wąskiej grani, na której mieliśmy do dyspozycji tylko skały z półcentymetrową warstwą lodu ponownie postanowiliśmy zawrócić. Ciężko dokładnie powiedzieć w którym to było miejscu, bo widoczność mieliśmy dość kiepską, ale szacuję, że było to tuż przed Pośrednim Granatem.
Tak więc powoli i ostrożnie wróciliśmy do zielonego szlaku, tego samego którym weszliśmy na Orlą Perć. Tam pozbyliśmy się raków i zeszliśmy do Zmarzłego Stawu.
Nie starczyło nam już czasu by wejść na Kościelec, więc podeszliśmy tylko na Karb, a potem na około powędrowaliśmy do schroniska.
Dzień pełen wrażeń. Dużo nie przeszliśmy, ale za to było treściwie. Cieszę się, że w trudnych miejscach sobie poradziliśmy, a w tych jeszcze trudniejszych podejmowaliśmy zupełnie racjonalne decyzje o wycofie. W takich miejscach będziemy musieli zakładać asekurację lotną, może już w przyszłym roku ;)

Wieczór znów minął nam bardzo sympatycznie, a poranek przywitał piękną pogodą. Ponieważ w Murowańcu nie dało się załatwić ostatniego noclegu, to musieliśmy tego dnia zejść do Zakopanego. Warianty były dwa:
1. Znów akcja w okolicach Czarnego Stawu, Kościelec, może Świnica. Powrót do Murowańca i zejście wieczorem do Zakopanego
2. Od razu bierzemy wszystko i idziemy w stronę Małołączniaka, a potem schodzimy do Zakopca z Kondratowej Kopy.

Wybraliśmy wariant drugi. Droga spokojna, bez dużych przewyższeń i łatwa. Żeby jednak nie było za różowo, to akurat tego dnia halny wiał solidnie i cały czas (szliśmy granią, więc nie było się gdzie przed nim schować).
Po drodze wypatrzyłem odciśnięte w lodzie ślady niedźwiedzia. Z jakiegoś powodu bardzo mi się spodobały, zrobiliśmy kilka fotek na pamiątkę.
Słoneczko sprawiło, że widoki mieliśmy prześliczne. Doszliśmy na sam Małołączniak, a potem zeszliśmy do Zakopanego zgodnie z planem. Tam czekał już na nas tylko relaks. Pokoik z wygodnym łóżkiem, tv i internetem. Cywilizacja :)

Ostatniego dnia zaserwowaliśmy sobie już tylko krótki spacer i stęsknieni za córką, która została u Marysi rodziców, wróciliśmy do domu.

Wyjazd ze wszech miar udany. Na następny trzeba dokupić więcej sprzętu! :)

Link do zdjęć: Zdjęcia, Tatry 11.2012

Comments

4 Responses to “Tatry, listopad 2012 - błoto, śnieg, lód i niedźwiedzie”

Gohan pisze...
7 lis 2012, 11:24:00

Zaintrygowały mnie grzybki :D

Pabich Tomek pisze...
7 lis 2012, 11:25:00

Musisz pojechać następnym razem, to Ci wytłumaczymy na przykładzie ;)

Marta pisze...
7 lis 2012, 18:52:00

Ostatnio były "kaczki" teraz są "grzybki" .. intrygujące... ah te tatry.. pełne niespodzianek :D

Prześlij komentarz