Mała wyprawa w wielkie góry

Zawsze chciałem pojechać w tatry i zdobyć najwyższy szczyt polskich gór - Rysy. Teraz gdy pojawiła się okazja trochę żałuję, że to nie lato i wejście na Rysy jest zbyt niebezpieczne dla tak niedoświadczonego turysty jak ja, ale i tak postanowiliśmy Tatry odwiedzić i zobaczyć co można tam jeszcze o tej porze roku zdziałać. Liczyliśmy na dobrą pogodę i dużo chodzenia, ale jak się przekonaliśmy równowaga w przyrodzie musi być i nie tak łatwo o samo słońce.

Wyjazd poprzedziłem zakupami, ponieważ nie miałem żadnych butów do chodzenia po górach, a spodziewałem się śniegu i wody. Zakupiłem fajne, lekkie Salomony za nieco ponad pięć stów (zakładam, że posłużą ładnych parę lat). Mary także spakowała swój najlepszy górski ekwipunek i wyruszyliśmy. Najpierw do Krakowa, gdzie przespaliśmy się u Ani, Marysi siostry, a następnego dnia rano do Zakopanego.

Dzień pierwszy
Trochę baliśmy się o pogodę, bo prognozy nie były optymistyczne, ale na miejscu okazało się, że jest słonecznie i bezchmurno. Szybko się przepakowaliśmy i ruszyliśmy na szlak. Zgodnie z instrukcjami brata wędrówkę zaczynaliśmy od Kuźnic, ale nie podjeżdżaliśmy tam autem, tylko poszliśmy na pieszo. Na ten dzień zaplanowaliśmy wędrówkę w okolice Giewontu, ale bez konkretnego celu. Chcieliśmy najpierw sprawdzić jak wyglądają szlaki i czy w ogóle da się po nich wędrować.
Na początek poszliśmy niebieskim szlakiem do Polany Kalatówki. Było dobrze, choć trochę ślisko. Turystów wcale nie tak dużo (nie ma się co dziwić, poza szlakiem było śniegu po pas). Wszyscy których spotykaliśmy szli wolniej od nas i musieliśmy ich wyprzedzać, co często wiązało się z wejściem w głęboki śnieg. Szczęśliwie większość zatrzymywała się i puszczała nas przodem. Kontynuowaliśmy naszą wędrówkę niebieskim szlakiem przez Kondratową Polanę aż na Kondracką Przełęcz. Stamtąd mieliśmy wspaniały widok na Giewont i szczyty po naszej wschodniej stronie, w tym Kasprowy Wierch, który też mieliśmy w planach wycieczki. Na przełęczy spotkaliśmy dwie dziewczyny, które poleciły nam wspinaczkę na Kondracką Kopę, z której miał się roztaczać wspaniały widok na słowacką część Tatr. Czemu nie? Z czasem staliśmy całkiem nieźle.
Na górze okazało się, że widok faktycznie jest niesamowity. Pewnie byśmy zdążyli wspiąć się jeszcze na Małołączniak, ale nie chcieliśmy ryzykować i zawróciliśmy z powrotem na przełęcz a potem na Giewont. Szczyt Giewontu był chyba najbardziej niebezpiecznym fragmentem wyprawy. Łańcuchy naprawdę się przydały, bo było ślisko i dość niepewnie.
Aby nie wracać tą samą drogą postanowiliśmy zejść czerwonym szlakiem przez Dolinę Grzybowiecką. Widać było, że tamtędy szło mniej ludzi, bo trasa była słabo przetarta. Wędrowaliśmy już kilka godzin i buty zaczynały przemakać, a śnieg sypiący się od góry sprawił, że gdy byliśmy na dole to nawet moje Salomonki robiły chlup-chlup przy każdym kroku. Do Zakopanego dojechaliśmy busem, który spotkaliśmy na drodze pod reglami. Nowe buty zaczynały mnie lekko uciskać i wolałem nie ryzykować. Niby nic, ale takie rzeczy się nawarstwiają, wiem z doświadczenia. Tak oto minęła pierwsza wyprawa w Tatry, a planowaliśmy jeszcze przynajmniej dwie :)

Dzień drugi
Na drugi dzień kompletnie popsuła się pogoda. Zupełne przeciwieństwo dnia pierwszego. Chmury, deszcz i słaba widoczność. Z początku wyglądało na to, że w ogóle nie wyjdziemy, ale w końcu szarpnęliśmy się na szalony pomysł wyjścia w góry. Spakowałem wszystkie ciuchy na zmianę jakie miałem i poszliśmy. Padało niemal cały czas, toteż założyliśmy prosty plan: wejście na Kasprowy Wierch i zjazd kolejką do Kuźnic. Jak się okazało, nawet to nie było takie proste.
Poszliśmy żółtym szlakiem. Ludzi prawie nie było (psa bym w taką pogodę nie wygonił), a szlak był cały mokry. Ubrani dość ciepło szybko się spociliśmy i wędrówka była bardzo ciężka. Z jednej strony nieustanny zimny deszcz lub mżawka, z drugiej mroźny wiatr, a z trzeciej litry potu pod ubraniem. Nie było lekko. W końcu dotarliśmy do schroniska Murowaniec, gdzie znaleźliśmy schronienie. Z kurtek się lało na podłogę, w plecaku pływała woda (na szczęście ciuchy miałem w foliówce), a aparat nie nadawał się do niczego, bo parował w kilka sekund. Odpoczęliśmy trochę, ugrzaliśmy się, Mary wypiła gorący barszcz czerwony i podjęliśmy decyzję o wejściu na szczyt. Gdy wyszliśmy okazało się, że deszcz ustał. Wejście zajęło nam około godziny, ale niestety nasz wysiłek nie został niczym nagrodzony. Całe wejście odbyło się w gęstym mleku i nie widzieliśmy nic poza bielą śniegu i chmur. Zjazd kolejką poza atrakcją cenową (jedyne 20 PLN od głowy) także był nijaki, choć im niżej tym więcej było widać. Gdy wracaliśmy do domku, ponownie chlupiąc butami przy każdym kroku niebo zaczęło się przejaśniać. Szkoda. Mogło być tak fajnie. Ale przynajmniej nie wymiękliśmy!

Dzień trzeci
W ostatni dzień mieliśmy mało czasu, bo o 13 musiałem być w Kościelisku, więc wyszliśmy dużo wcześniej. Po siódmej. W planie było wejście na Czarny Staw Gąsienicowy. Tym razem, dla odmiany, wybraliśmy niebieski szlak do schroniska Murowaniec. Było sporo chmur i przelotne deszcze, ale w porównaniu do dnia poprzedniego było całkiem nieźle. Nawet kilka ciekawych fotek udało się zrobić. Przy schronisku zrobiliśmy krótki odpoczynek i poczytaliśmy tablice informujące o niedźwiedziach zbliżających się do ludzi, po czym ruszyliśmy w prawo szlakiem na Czarny Staw. byliśmy tam po niecałych trzydziestu minutach, ale staw był zamarznięty i na dodatek zaczęło padać. Szczyty skryły się w chmurach i jedyne co nam pozostało to zawrócić. Zeszliśmy tą samą drogą, ale Mary na koniec postanowiła spontanicznie zaliczyć jeszcze Nosal, choć czasu już na niego za bardzo nie mieliśmy. Czego się jednak nie robi dla żony. Ona pobiegła, a ja ruszyłem moim najszybszym marszem i w rezultacie dotarliśmy na szczyt prawie dwa razy szybciej niż pokazywały tabliczki. Na górze stwierdziłem, że było warto, bo widok był całkiem przyjemny. Pomachaliśmy górom na do widzenia i zeszliśmy w dól.

Wędrując przypomniały mi się inne wycieczki z Mary, w tym ta najfajniejsza, kiedy się dopiero poznawaliśmy - Szlakiem Orlich Gniazd. Dobrze jest się tak czasem oderwać od codzienności. Umysł zaczyna wtedy pracować na zupełnie innych falach i człowiek przypomina sobie tą lepszą część siebie samego.
Nie wiadomo kiedy będzie następna okazja, może za tydzień, a może w przyszłym roku, albo jeszcze później. Jedno wiem na pewno. W Tatry jeszcze wrócę, bo to najpiękniejsze polskie góry. A i Rysom nie daruję! Jeszcze będą moje!
Jedyne pytanie jakie pozostało na dzień dzisiejszy, to czy kolejny weekend także spędzimy wśród tych cudownych szczytów. Sznase są niezerowe ;)

Comments

2 Responses to “Mała wyprawa w wielkie góry”

Anonimowy pisze...
20 lis 2009, 11:51:00

Fajnie:) też bym sobie połaził po górach. Ale zdecydowanie wolę w lato, no ale wtedy są obozy i trzeba biegać...

Anonimowy pisze...
20 lis 2009, 11:52:00

Żaden anonimowy tylko Chrupek;P

Prześlij komentarz