Bieg Niepodległości

W środę święto Narodowe - Dzień Niepodległości. Nie wiem co mnie podkusiło, ale postanowiłem po raz wtóry wystartować w biegu ulicznym, za którymi nie przepadam. Ostatni bieg w podobnych okolicznościach pamiętam z tegorocznego maratonu w Łodzi (biegłem na 10km, które tak na serio miały kilkanaście). Nie lubię tych tłumów przez które trzeba się przeciskać, braku oznaczeń na trasie i bólu stóp po biegu. Kurde no, nie lubię biegów ulicznych. Ale pojechałem... Tak mi dopomóż Bóg.

Wstaliśmy wcześnie, bo wyjazd zaplanowany był na 7. Jechaliśmy w dwa samochody (sześć osób) i plan był by jechać razem, ale braciak coś źle zaplanował i mieli spory poślizg, więc pojechaliśmy sami. Spotkaliśmy się dopiero w Macu w warszawie, co by się posilić i razem dojechać na parking. Pogoda nie sprzyjała bieganiu, choć nie była aż taka zła. Około 3 st. C, lekki deszcz. Udaliśmy się do biura zawodów by odebrać nasze numery startowe i inne gadżety. Wszyscy bez problemów, tylko Jaro się zamotał i musiał błagać na kolanach by pozwolili mu wystartować, bo nie zapłacił (choć zarzekał się, że kasę przelał). W końcu zdegustowani organizatorzy dali mu zestaw startowy pod warunkiem że opuści pomieszczenie i nie będzie robił trzody.
Obadaliśmy położenie szatni i przebieralni i wróciliśmy do aut po ciuchy. Postanowiliśmy zapakować się do czarnych, plastikowych worków na śmieci i zostawić wszystko w szatni, tak by nie musieć później dyrdać do auta i przebierać się na zimnie.
Po krótkiej rozgrzewce nawet nie było tak zimno. Każdy ustawił się w swojej strefie startowej. Marian, mój brat w okolicach 40 min. Ja kilka rzędów za nim (oceniałem swoje siły na 42-43 min). Mary i Rafał (jej tata) w okolicach 50 min, a Jaro z Martą w okolicach 55. Niemal wszyscy biegacze byli ubrani w koszulki dostarczone przez organizatorów. Czerwoni po prawej, biali po lewej. Razem tworzyliśmy największą w Polsce biało-czerwoną flagę. Nawet fajnie to wyglądało. Odśpiewaliśmy hymn narodowy i ruszyliśmy w bój. Nie za szybko oczywiście...
Przez pierwsze 2-3 kilometry miałem duże trudności z trzymaniem tempa. Ludzie to jednak są cioty do potęgi. Po kij się ustawili jeszcze przed tabliczką 40 min skoro biegną tempem na 45 albo 50? Cały bieg wyprzedzałem. Na szczęście im bliżej końca tym mniej ludzi, ale początek był fatalny. Starałem się omijać kałuże, ale niewiele to dawało, bo i tak chlapali na mnie inni. W końcu skupiłem się na utrzymywaniu przyzwoitego tempa i szukaniu dziur w szeregach wroga, przez które mogę przedrzeć się o kolejnych kilka pozycji do przodu. Przez to wszystko tempo miałem bardzo szarpane. Dopiero po trzecim kilometrze rozluźniło się na tyle, że mogłem swobodnie wyprzedzać bokiem lub chodnikiem.

Od jakiegoś już czasu biegam bez zegarka i muszę przyznać, że trochę mi doskwierał jego brak. Ciężko mi było oszacować mój zapas sił. Nie widziałem żadnych oznaczeń kolejnych kilometrów, a czułem, że energii ubywa. Czy to taki duży problem powiesić oznaczenia w postaci banerów NAD biegaczami? Nie każdy biegnie prawą stroną by zobaczyć małe tabliczki z numerem kolejnego kilometra. Dopiero w połowie, podczas przebiegania przez bramkę, zorientowałem się ile jeszcze mi zostało i stwierdziłem, że powinienem utrzymać swoje tempo do końca, a może nawet przyspieszyć na ostatnim kilometrze. Cały czas wyprzedzałem i tym razem już uważnie szukałem tabliczek z kilometrami. Udało mi się znaleźć 6 i 8. Oczywiście organizatorzy wpadli na genialny pomysł i tabliczkę z numerem 9 umieścili dla odmiany po lewej stronie drogi, tak żeby było trudniej. Co to ma być? Test na inteligencję? Mam znaleźć jakiś wzór i zgadywać po której stronie będzie następna tabliczka? Tu mnie wkurzyli po raz pierwszy. Chciałem ostatni kilometr przyspieszyć, ale w końcu dobiegłem tym samym tempem mając wszystko w dupie. Zegar przy mecie pokazywał 43:26 gdy przekraczałem metę. Dostałem medal, butelki z piciem. Dyplomu nie wziąłem, bo i po co. Pogadałem chwilę z bratem, który ukończył w 40 minut i poszliśmy do szatni.
Ten wątek zdecydowanie zasługuje na kolejny akapit. Jak tylko weszliśmy, od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Część worków zamiast pod wieszakami leżała na schodach. Marian od razu wypatrzył swój, a ponieważ oddawaliśmy razem, więc myślałem, że mój tez gdzieś tam leży. Ale nie. Ani widu ani słychu. Spytałem czy sortowaniu worków jest jakaś logika, ale usłyszałem, że nie ma. Poszedłem więc do okienka w którym oddałem worek. Przede mną stało około 5 osób. Myślałem, że raz-dwa-trzy i będzie po krzyku, ale się myliłem. Przez 10 minut nic się nie ruszyło. Ludzi przybywało. Podszedłem się spytać o co biega i powiedzieli mi, że starają się posegregować worki. Rychło w czas -_-. Kazali mi przejść cztery okienka dalej, bo mój worek powinien wylądować w tamtej okolicy. Oczywiście tam była już kolejkę na 20 osób. Nic to, stanąłem w niej i... spędziłem tak około godziny. Po jakimś czasie było już tak tłoczno, że nie trzeba było się wysilać by stać. Tłum mnie utrzymywał w pionie. Wszyscy mokrzy i spoceni po biegu. Bomba. Zawodnicy zaczęli pomagać szatniarzom. Jeden wszedł na ladę i wywoływał na głos numery worków jakie wpadły mu w ręce. A podobno losowanie miało być dopiero od czternastej... Inni poszli w jego ślady. Po kilku kolejnych minutach zdesperowani biegacze (oj siarczyście było w kolejce. Kurwy latały jak Małysz z mamuciej skoczni - daleko i celnie) zaczęli wchodzić do szatni i szukać worków na własną rękę. Suma summarum spędziłem tam ponad godzinę (dwa razy tyle ile na trasie). Jak już znalazłem swój worek (sam, a jakże!) to byłem tak podkurwiony, że wszystko co było związane z tym biegiem wypieprzyłem do kosza, z medalem włącznie. Przebrałem się, dołączyłem do reszty ekipy i po wymianie mięsa skierowaliśmy się do wyjścia. Przed odjazdem zajrzeliśmy do chińczyka i odbudowaliśmy zapasy węglowodanów. Droga do domu była nudna. Padał deszcz i było ciemno. Nie lubię jeździć w takich warunkach. Nie spiesząc się zanadto dotarliśmy do Pabianic dość sprawnie, a chcą jak najszybciej zapomnieć o tym dniu wcześnie położyłem się spać.
Pierwsze wyniki przyszły do nas SMSem. Niby fajnie, tylko czemu nie zmierzono mi czasu netto? Zakładam, że złamałem 43 minuty, co oznacza, że ukończyłem bieg w okolicach 300 miejsca.
Kogo to obchodzi? Nigdy więcej biegów ulicznych!
Dla tych co chcą przeczytać bardziej pozytywną relację zapraszam na blog brata. On dostał ciuchy od razu, więc jakoś mniej narzekał. http://www.marianpage.na8.pl/

Comments

3 Responses to “Bieg Niepodległości”

Anonimowy pisze...
13 lis 2009, 14:10:00

Tomku, w warunkach polskich szatnie działają w miarę sprawnie do 1000 uczestników, potem jest już większy lub mniejszy bałagan. Jakby to był maraton, to by mieli więcej czasu na sortowanie, ale dyszka, to moment. Ja jak mam samochód, to nie korzystam z szatni.
A z biegów ulicznych nie rezygnuj
Pozdrawiam
MG

Tomek Pabich pisze...
13 lis 2009, 16:01:00

Może i tak jest, ale to nie oznacza, że tak musi być. Jestem pewien, że przy odpowiednim przeanalizowaniu tematu można było tą szatnię zorganizować tak, że każdy dostałby swoje rzeczy w 5 minut. Spieprzyli układanie rzeczy, a potem już nie byli w stanie tego nadrobić. Jakby zaczęli myśleć od początku, to by nie było tego burdelu.

wajtek pisze...
19 lis 2009, 01:12:00

tym bardziej powinieneś ocenić i skomentować bieg na:
http://maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=3&action=5&code=13710&bieganie

Prześlij komentarz