Obóz klubowy i Grand Prix Pomorza


Ćwiczenia przed sprawdzianem skocznościowym
Po emocjach związanych z Wojskowymi Mistrzostwami Świata i świetnych biegach Wojtka Kowalskiego i medalem dziewczyn w sztafecie nadszedł nareszcie czas na wyczekiwany od dawna obóz klubowy. Tym razem zawitaliśmy do Bieszkowic, okolice Wejherowa. Razem z klubem w ośrodku "Bingo" rezydowała także kadra wojewódzka młodzików. Dzięki temu było nas niemal 30 luda i było wesoło :)

Życie obozowe upływało w standardowym rytmie. Rano rozruch - najbardziej znienawidzona część dnia. Potem śniadanie i pierwsza przerwa - trawienie śniadania, później przygotowanie do treningu. Zbiórka o 10.30. Tyrańsko, ścigańsko, biegańsko, a już o 14.30 obiad, przed którym codziennie wszyscy byli zazwyczaj wygłodniali jak smoki. Po obiedzie ponownie dwie godzinki czasu na trawienie i jakieś zajęcia popołudniowe. Wieczorami różnie. Czasem były biegi nocne (na które się ani razu nie wybrałem), czasem organizowaliśmy sobie jakieś zabawy, a czasem po prostu siedzieliśmy w pokoju i oglądaliśmy film lub graliśmy w karty.

Wszyscy robimy "rowerek"
Jeszcze pierwszego dnia zaliczyliśmy fajny, szybki trening, po którym od razu poczułem się lepiej. Niestety już drugiego dnia w planie był "klasyk" i to na kiepsko wydrukowanych mapach. Większość osób się wyluzowała i pobiegła w BC1. Po biegu nikt nie szczędził słów i więcej na obozie tak kiepskich map nie było.
Trzeciego dnia biegaliśmy dwie pętle. Było super, chociaż zrobiłem kilka karygodnych błędów. Na kolejny dzień planowany był drugi "klasyk", a ja czułem się już solidnie zmęczony. Od rana miałem złe przeczucia i w rezultacie zszedłem po szóstym punkcie. Pocieszało mnie tylko to, że kiedy zbierałem punkty spotkałem Mariana, który także zszedł z trasy. Dobiegł wprawdzie trochę dalej niż ja, ale miał dwa dni biegania w nogach mniej :)


Grochu na Wodnym Sprincie biegnie do pierwszego
Tego samego dnia wieczorem zorganizowaliśmy z Mary bieg pod tytułem "Wodny sprint". Hitem były punkty pływające na tratwach. Możecie zobaczyć jak wyglądał bieg na filmiku (trochę niżej). Ubawiłem się po pachy :-) Zrobiłem też sporo zdjęć, warto obejrzeć:
http://picasaweb.google.com/pabicht/2010_08_19_oboz_klubowy_bieszkowice#

Kiedy zastanawiałem się jak opisać kolejny dzień przypomniał mi się taki dowcip:

Kubuś z Prosiaczkiem płyną łódką po jeziorze. Sielanka, piękna pogoda, słoneczko przyjemnie przyświeca, na wodzie malutkie fale kołyszą liśćmi opadającymi tu i ówdzie z drzew. Ptaszki śpiewają, mama kaczka wyprowadza swoje małe, słodziutkie kaczątka na pierwszą kąpiel. Nagle, zupełnie z zaskoczenia Kubuś się odwraca do Prosiaczka i jak mu nie huknie w ryj!
- Za co, za co?!? - krzyczy Prosiaczek próbując zatamować cieknącą krew.
- Aaa, bo coś k.... za pięknie było!


Nasz malowniczy las

Na treningu kolejnego dnia skręciłem kostkę odbiegając od drugiego punktu. I po zawodach. Z początku sądziłem, że nie jest tak źle, bo nie puchła, ale później okazało się, że to tylko dlatego, że trzymałem ją w górze. Kiedy doczłapałem do mety już pojawiały się pierwsze oznaki opuchlizny, a kiedy dojechałem do ośrodka miałem już regularny balon na zewnętrznej części lewej kostki. Szkoda, zapowiadał się kolejny fajny trening. Co gorsze miałem przed sobą jeszcze dwa dni obozu i trzy dni zawodów. Przez moment miałem ochotę jechać do domu.

Tego samego dnia po południu Łukasz Charuba zorganizował mikro-sprint na terenie ośrodka. Sam wykonał mapę i zaprojektował trasy. Całość wypadła rewelacyjnie. Ponieważ nie mogłem biegać, wziąłem się za filmowanie. Wybrane fragmenty sprintu możecie obejrzeć na filmiku. Wyszedł całkiem fajnie, pomimo niskiej jakości sprzętu nagrywającego ;)


Obóz klubowo-kadrowy w Bieszkowicach from ramza beoulwe on Vimeo.



Kolejne ujęcia ze sprintu wodnego
Z ciekawszych zajęć dodatkowych mieliśmy jeszcze ognisko, bawiliśmy się w chowanego, oraz zorganizowaliśmy przenoszenie liniówki, które wyszło super (kolejny szalony pomysł mój i Mary). Uczestników obozu podzieliliśmy na zespoły czteroosobowe. Jedna osoba z zespołu miała dostęp do mapy wzorcowej, na której była narysowana liniówka, jedna osoba była odpowiedzialna za narysowanie identycznej trasy na czystej mapie według wskazówek zespołu, a pozostałem dwie osoby miały za zadanie przenosić między tymi osobami komunikaty (głuchy telefon). Pomimo że liniówka wydawała się łatwa samo zadanie okazało się bardzo trudne i żaden z zespołów nie przeniósł całej trasy bezbłędnie, a tylko trzy zespoły na osiem dały rade dojść do mety (w ciągu mniej więcej 40 minut). Wszyscy się świetnie bawili. Szkoda że ja i Mary nie wzięliśmy udziału w zabawie. Ktoś musiał pilnować gry fair play ;)


I z lasu
Kostkę starałem się cały czas trzymać powyżej biodra, tak by zmniejszyć opuchliznę. Smarowałem, psikałem sztucznym lodem, robiłem co się dało by jeszcze coś pobiegać. Nadzieję miałem nikłą, ale postanowiłem chociaż spróbować wyjść do lasu. W piątek rano noga wyglądała już znośnie. Prawie mnie nie bolała przy chodzeniu po płaskiej, równej nawierzchni. "Co tam, przynajmniej przejdę tą trasę" - pomyślałem.
Padało i było raczej chłodno. Przebrałem się i piętnaście minut przed startem poszedłem zobaczyć gdzie jest usytuowany. Traf chciał, że po drodze spotkałem Monikę Deptę. Zamieniliśmy kilka słów, powiedziałem, że z piętami już lepiej, ale dwa dni wcześniej skręciłem kostkę, a wtedy Monika zaoferowała, że pożyczy mi swój stabilizator. Co miałem do stracenia, wziąłem, podziękowałem i poszedłem założyć. Kilkanaście minut później okazało się, że to było coś, czego potrzebowałem. Plastikowe osłony skutecznie chroniły moją wrażliwą kostkę przed uderzeniami o wszechobecne gałęzie i rewelacyjnie trzymały ją "w pionie". Jak powiedziała Monika prędzej bym skręcił kolano niż kostkę z tym stabilizatorem. Przebiegłem. Całą trasę się oszczędzałem. Wybierałem warianty po białym lesie, unikałem biegania po zboczach i nie było tak źle. Powiem więcej. Jak na skręconą dwa dni wcześniej kostkę było fantastycznie.


Dla Paszy pływające punkty to pikuś. Inni mieli po szyję
Szkoda, że tego samego nie mogę powiedzieć o zawodach. Pomimo że wiele elementów było bez zarzutów, to zawiodły te najważniejsze. Niewyraźne były ścieżki, szczególnie te mniejsze. W biegu wyglądały jak strumienie. Z tego co widziałem, to inni mieli jeszcze gorzej. Podobnie miała się sytuacja drugiego dnia, a do tego jeszcze jeden punkt był źle postawiony (31). Umoczyłem na nim 4,5 min. Ehh... przynajmniej z kostką było jeszcze lepiej niż w piątek, i fizycznie czułem się znośnie.


Co Podzio robił dzieciom na obozie?
W niedzielę obudziłem się pełen optymizmu. Kostka wyglądała coraz lepiej. Czułem się dobrze. Postanowiłem tego dnia pobiec normalnie. Tylko na stromych zbiegach uważałem i patrzyłem zawsze pod nogi. Efektem było trzecie miejsce i satysfakcja z biegu. Popełniłem trzy błędy wariantowe i jeden punkt źle naszedłem (1:40 błędu), ale fizycznie było fajnie, bo dużo biegłem. Wprawdzie nadal dostałem od Mariana 4 minuty, ale i tak wynik mnie zadowalał. Gdyby nie kostka pobiegłbym z minutę szybciej, więc w sumie jej nie oszczędzałem. Stabilizator spisał się na medal... ten brązowy ;) Na pewno sobie taki kupię! Warto dodać, że mapa tego dnia była dobra. Tylko chłopaki z M18 pokazywali mi, że znów mieli zły opis kodowy punktu. Kamień, mulda, co za różnica??? ;-)

Wyniki i międzyczasy ze wszystkich dni zawodów: http://www.azymut45.org/gpp/wyniki.htm


Wiecie ile kosztuje taki punkt na tratwie? 3 buziaki ;)
Podsumowując całość - było naprawdę super. Na obozie świetnie się bawiłem, wypocząłem. Nawet skręcona kostka nie odebrała mi dobrego humoru i o dziwo pozwoliła mi na start w zawodach, co uważam niemal za cud. Dziś, w poniedziałek, znów mnie boli. Odbija się wczorajsze mocne bieganie i cały dzień za kółkiem. Pierwszy raz od długiego czasu wracam po urlopie do pracy i nie czuję się od razu znużony. To chyba dobrze ;)
Niestety są też smutne wieści - nadal nie wygrałem w tym roku żadnego biegu z Marianem... nienawidzę go...

Comments

6 Responses to “Obóz klubowy i Grand Prix Pomorza”

Anonimowy pisze...
30 sie 2010, 23:52:00

zawody te były organizowane przez klub Azymut45 a nie przez Flotę

Gacek pisze...
31 sie 2010, 07:41:00

Moja porcja zdjęć:
http://picasaweb.google.com/gaclaw/Bieszkowice#

Tomek Pabich pisze...
31 sie 2010, 09:09:00

Anonim oczywiście ma rację. Poprawiłem. Przepraszam za błąd.

Hewi pisze...
31 sie 2010, 15:18:00

Widzę że mieliście świetny obóz, głownie dzięki pomysłowości Twojej i Mary. Jak odrobina kreatywności może zmienić okres treningowy w doskonałą zabawę! Co do błędów na zawodach, oczywiście się zgodzę, ale też nie do końca tym razem. Co do ewidentnej porażki na MP nie miałem wątpliwości, ale GPPom w ogólnie prezentowało się według mnie nieźle. Złe ustawienie punktu...karygodne!!! Szarość ścieżek - błąd, ale w niewielkim stopniu wpływał według mnie na rywalizację. A nie można zapomnieć że centrum było każdego dnia w jednym miejscu, z bliskim dojściem do startu, z trasami codziennie w innym terenie. Trasy były same w sobie bardzo ciekawe i wariantowe, a wykonanie mapy niemal bezbłędne. Ot, takie moje zdanie;) Pozdrawiam i życzę powrotu kostki do zdrowia!!! I trzymam kciuki za pierwszą wygraną z Marianem...chociaż jak go widziałem w lesie to nie podejrzewałbym że jeszcze umie tak zapierdzielać! ;)

Chrupek pisze...
31 sie 2010, 17:16:00

hmm... czyżby tylko mi przeszkadzał brak ścieżek na mapie...

Tomek Pabich pisze...
31 sie 2010, 17:18:00

Hewi, tak jak napisałem, wg mnie zawody były fajne. Zawiodły tylko te elementy które napisałeś. Reszta mi nie przeszkadzała. Niestety zarówno ten źle postawiony punkt jak i brak dróg wypaczały rywalizację. Wiem, że niektórym to nie przeszkadzało, ale mi akurat tak.

Prześlij komentarz