Coś się kończy coś się zaczyna


Obóz treningowy w wakacje
Tak, tą frazę znają wszyscy fani Sapkowskiego i nie tylko. Niektórym może wydawać się banalna, ale jest wręcz przeciwnie. Jest bardzo prawdziwa. Nasze życie to pasmo kolejnych wydarzeń i zmian. Kończymy pewne etapy by rozpocząć następne w nadziei, że będą jeszcze lepsze. Tak samo jest z Nowym Rokiem. W sylwestra ktoś złożył mi następujące życzenia: "Żeby Nowy Rok był lepszy od 2009 ale gorszy od 2011". Pomyślałem wtedy, że te kilka słów idealnie pokazują periodyzację ludzkiego życia. Sami świadomie dzielimy je na części i staramy się, by każda kolejna była lepsza od poprzedniej. Przy takim rozumowaniu powiedzenie, że właśnie awansowałem na dwudziesty ósmy level wcale nie jest takie głupie jak by się mogło wydawać :) Zapraszamy na podsumowanie biegowe roku 2009.

Tomek:

MP - sztafety
Poprzedni sezon rozpoczynałem pełen wiary w siebie i z ogromnym zapałem, który szybko został ostudzony przez mocne uderzenie w postaci ilości kilometrów jakie miałem pokonywać na kolejnych treningach. Pomimo że do pierwotnych założeń podszedłem z rezerwą i nie biegałem od razu wszystkiego to i tak moje przygotowania do nowego sezonu nie trwały długo. Już po pięciu tygodniach dopadła mnie paskudna kontuzja - przewlekłe zapalenie rozścięgna podeszwowego. Diagnozy dokonałem sam po przeczytaniu dziesiątek stron w internecie. Lekarze do których chodziłem jak zwykle byli absolutnie rozbieżni w swoich domysłach. Według nich miałem wszystko, od złych butów po ostrogi piętowe. Zrobiłem przerwę, dwa tygodnie. W tym czasie zabiegi: ultradźwięki, krioterapia, laser. Lekkie roztruchtanie i znów ten sam ból. Widać trzeba dłuższą przerwę. Po kolejnych kilku tygodniach nadal to samo. Ból nie był nieznośny, ale przeszkadzał. Najbardziej jednak bałem się, że biegając zrobię sobie jeszcze większą krzywdę. A potem... potem wyczytałem gdzieś, że takie zapalenie leczy się nawet do 18 miesięcy, a najlepsze efekty przynosi... rozciąganie.

WOC 2009
Sezon spisałem na straty. Rozciągałem mięśnie łydki i podeszwy, achillesa, mocno zmniejszyłem objętość treningową, wyeliminowałem wszystkie mocne akcenty w postaci rytmów, siły biegowej a nawet BC3 i tak przetruchtałem sobie przez rok 2009. Poprawę zauważyłem dopiero pod koniec sezonu i faktycznie im bliżej zimy tym lepiej mi się biegało. Do dziś odczuwam lekki ból w stopie. Trenuję normalnie, przykładam lodem i staram się dobrze dobierać obuwie. Miejmy nadzieję, że to zadziała. Na razie trochę boli, ale nie jest źle.
Nie chcąc siedzieć w domu podczas tych wszystkich wspaniałych słonecznych weekendów zaliczyłem sporo startów. Co oczywiste nigdzie nie powalczyłem, ale było kilka biegów, które zapamiętałem. O dziwo wszystkie sztafetowe:
- sztafety na Klubowych Mistrzostwach Polski - ten bieg zapamiętałem jako największą porażkę 2009. Pomimo że byłem w cyklu treningowym (mały kilometraż) i czułem się całkiem znośnie, to na tym biegu poniosłem druzgocącą porażkę. Przez cały czas ledwie człapałem, a do tego zrobiłem masę błędów. Takie starty w sztafecie zawsze bolą.
- sztafety pokoleń na Klubowych Mistrzostwach Polski - tutaj w przeciwieństwie do rundy wiosennej biegło mi się bardzo dobrze. Byłem bardzo zadowolony z tempa biegu i zrobiłem tylko około minuty błędu. To był najlepszy start roku 2009. Pomimo że biegłem ostatnią zmianę naszej drugiej sztafety, to dałem z siebie wszystko i czułem się mocno usatysfakcjonowany.

Zmęczeni po biegu
- Sztafety na Mistrzostwach Polski - sam bieg nie był rewelacyjny. Z tempa byłem zadowolony, ale zrobiłem za dużo błędów, by po biegu czuć satysfakcję. Nawiązałem jednak walkę z wyprzedzającymi mnie zawodnikami, dobrze pobiegłem końcówkę i umożliwiłem Marianowi start z dobrej pozycji. Całość ukończyliśmy na siódmym miejscu. Analiza wykazała, że to było najwyższa pozycja na jaką było nas stać tego dnia, nawet przy czystych biegach, a do tego był to rekord w sztafecie seniorskiej naszego klubu. Dzięki Chrupek, dzięki Marian! :)
Warto wspomnieć także wycieczkę na World Orienteering Championships na Węgry. Były to pierwsze moje tak duże zawody i było bardzo fajnie. Dobry występ Polskiej reprezentacji także nie był nam obojętny i z pewnością miał duży wpływ na wrażenia z wyjazdu. Jak będzie okazja, to na pewno jeszcze zawitamy na Mistrzostwach Świata.
Nie prowadzę ścisłej statystyki startów, więc nie wiem ile zawodów zaliczyłem i ile kilometrów na nich przebiegłem, ale z luźno prowadzonego dzienniczka treningowego wychodzi 1200 km. Niby niewiele, ale gdy patrzę wstecz to jednak mam same dobre wspomnienia.
Miejmy nadzieję, że w 2010 uda się uniknąć kontuzji i zawalczyć coś więcej. Trzymajcie kciuki!

Mary:

Dobieg do widokowego
Rok 2009 skończył się nieodwołalnie i pora zrobić podsumowanie i wyciągnąć wnioski na przyszłość.
Po ciężko przepracowanej zimie 2008/2009 miał nastąpić przełomowy rok i owszem zaczęło się całkiem przyzwoicie. Po dwóch zimowych obozach kondycyjnych w górach, wiosną i wczesnym latem biegało się bardzo dobrze.
Wniosek 1: obozy zimowe WARTO.

W marcu poprawiłam życiówkę na sprawdzianie na Rudzie, gdzie dwa poprzednie lata miałam identyczny wynik, który wreszcie udało się poprawić o 1,5 min. A w maju najlepszy do tej pory wynik w półmaratonie poprawiłam o 7 minut, choć nie był to bieg na maxa. Ale tydzień później na Baltic Cup jeszcze czułam w nogach ten asfalt.
Wniosek 2: półmaraton tydzień przed ważnymi zawodami NIE WOLNO, dobrze, że to nie były ważne zawody ;-)


Sprint po mieście
W czerwcu po krótkim obozie technicznym nadeszły długo oczekiwane Mistrzostwa Polski. W tym roku ponieważ Long był na jesieni były to pierwsze zawody Mistrzowskie w sezonie. Sprint oceniam bardzo pozytywnie, sprinterką nigdy nie byłam i już chyba nie będę, skoro mój ulubiony dystans to półmaraton ;-) także 5 miejsce oceniam jako sukces. Niestety na średnim dała o sobie znać dobra forma biegowa, tylko głowa jakby się wyłączyła i cały bieg zakończył się porażką. Na klasyku już z głową i wreszcie w 7 roku biegania w kategorii seniorów udało mi się zdobyć prawdziwy medal Mistrzostw Polski. "Prawdziwy" bo do tej pory miałam 2 medale na Longu, ale nie jest on w świecie BnO tak ważny i prestiżowy jak pozostałe dystanse.
Wniosek 3: WARTO wolniej ale z głową.


Tatry - listopad 2009
Tydzień po MP nastąpiło załamanie formy, dosłownie jakby ktoś odłączył baterie. Nie miałam nawet ochoty wychodzić na treningi. Na Wawel Cup ledwo biegałam a dodatkowo spędziłam 17 minut "za mapą" i dowiedziałam się, że nie wiem co robić w sytuacji, kiedy zupełnie nie mam pojęcia gdzie jestem. Początek lipca prawie nie biegałam, trochę pojeździłam na rowerze. Pod koniec sierpnia forma wróciła, niestety nie na długo, bo dopadła mnie choroba i jeszcze na jesiennych KMP biegałam z gorączką.
Wniosek 4: chorować NIE WARTO, niestety to nie jest wniosek bo nadal nie wiem jak to zrobić.

Jesienne MP nie poszły najlepiej ale wreszcie się przełamałam i po kilku treningach w Pabianicach i na obozie po raz pierwszy wystartowałam w nocnych Mistrzostwach Polski i było fajnie. No może poza pułapką, którą zastawiła na mnie Gohan i po której już chyba zawsze będę miała bliznę.
Wniosek 5: Nocne nie są takie złe i WARTO je biegać.

Na koniec pozostał tylko Long ale nie ma się czym chwalić. Po longu zrobiłam bardzo długie roztrenowanie i już kiedy postanowiłam znowu porządnie trenować, od sylwestra znowu jestem chora.
Wniosek 6: Nadal nie wiem jak nie chorować :-(


Wręczenie nagrody Visa Challenge
podczas zamknięcia międzynarodowej
konferencji VISA Insights w Berlinie
Poza biegami jedna rzecz zasłużyła na to, żeby ją opisać: konkurs Visa Challenge. Zgłosiliśmy się w ostatniej chwili i postawiliśmy na dobrą zabawę. W konkursie wzięło udział ponad 560 drużyn z banków w całej Europie i choć początkowo wydawało się to nierealne to właśnie my pojechaliśmy na finał do Berlina, gdzie zmierzyliśmy się z jeszcze jedną drużyną z Polski i jedną z Anglii ale to my wygraliśmy :P. Dzięki temu konkursowi mogłam pobiegać także w Londynie.
Wniosek 7: WARTO uwierzyć w siebie i próbować bo cuda się zdarzają.

Podsumowując rok, przebiegałam 3108 kilometrów w całej Polsce, a część z nich także w Hiszpanii, Danii, Anglii, Niemczech i na Węgrzech. Pod względem podróży i zwiedzania to był na pewno najlepszy rok, no i po raz pierwszy pochodziłam trochę po Tatrach.
Wniosek 8: Biegać MOŻNA wszędzie jeśli tylko się chce.

A ja chcę i będę i wiem już, że nie trzeba całego życia poświęcić bieganiu, można w między czasie robić inne ciekawe rzeczy. Już mamy zarezerwowaną wycieczkę do Rzymu :D

Comments

6 Responses to “Coś się kończy coś się zaczyna”

marian pisze...
8 sty 2010, 09:03:00

Może byście w końcu napisali coś w o swoim hobby?

Gohan pisze...
8 sty 2010, 11:21:00

W tym wpisie wychodzę na czarny charakter, z jeszcze czarniejszymi pomysłami. Niemal jakbym przygotowała na Mery najeżoną nożami kłodę na linie, która walnęła ją w łeb :P Cóż Potfur to Potfur :D

Anonimowy pisze...
10 sty 2010, 18:49:00

Sztafety na MP ukończyliśmy na siódmym miejscu. Nie umniejszaj naszych osiągnięć:P
Chrupek

Tomek Pabich pisze...
11 sty 2010, 10:19:00

Faktycznie. Poprawiłem :)

Tadziu pisze...
11 sty 2010, 14:05:00

Ja jeszcze dodam, że WOC oznacza World Orienteering Championships nie Cup, nawet mimo tego, że finały MŚ są biegami Pucharu Świata.
Poza tym trochę za mało liczbowe to podsumowanie jak dla mnie :)

Tomek Pabich pisze...
11 sty 2010, 14:30:00

A to też prawda :) Poprawiłem.
Niestety liczbowo nie dało się tego podsumować, ponieważ z powodu kontuzji sezon został potraktowany bardzo luźno i skupiałem się bardziej na zaleczeniu ran niż na wynikach. W wyniku tego dzienniczek treningowy nie był tak dokładny jak powinien, a prezentacja miejsc na wielu zawodach w których brałem udział to nic ciekawego. W kółko -naste lub dwudzieste któreś (no chyba że akurat startowałem w B!) :)
Mam nadzieję, że rok 2010 będę w stanie już podsumować lepiej.
Pozdrawiam serdecznie.

Prześlij komentarz