Odchudzanie i dieta cud - z kości na ości

Jak już pisałem wcześniej w wakacje miałem niemal dwumiesięczną przerwę związaną z kontuzjami jakich nabawiłem się od początku sezonu. Niby nic strasznego, biegać mogłem, ale to już nie było to. Jak człowieka coś boli, to i przyjemność mniejsza i wyniki słabsze. Dałem sobie więc na wstrzymanie i postanowiłem, że w zamian się poodchudzam.

Pamiętam jak kiedyś mi Mary mówiła, że każdy kilogram to 3 sekundy na kilometrze. Szybki rachunek pokazał, że jeżeli zrzucę trochę wagi, to może się to przełożyć na poziom moich startów.
Przez ostatni okres mój limit graniczny wynosił 76 kilogramów i to, że coraz dłużej przebywałem pod górną granicą mojego dopuszczalnego przedziału wagowego trochę mnie martwiło. Na brzuchu też było za co złapać, a więc tym samym było z czego zrzucać. Postanowiłem więc - nie mogę biegać, to zrzucę parę kilo.
Jako że nie wierzę w żadne diety nisko i wysoko białkowe, tłuszczowe, węglowodanowe czy jakiekolwiek inne po prostu postanowiłem ograniczyć się w jedzeniu. Dodatkowo drastycznie zmniejszyłem ilość pochłanianych słodyczy oraz ograniczałem się mocno wieczorami, ponieważ jedzenie przed spaniem szczególnie dobrze odkłada się w postaci tłuszczu.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Pierwsze kilogramy ubywały same, nawet nie musiałem za bardzo się starać. W ciągu kilkunastu dni spokojnie zrzuciłem ze 3 kilo. Dalej jednak było już gorzej. Pomimo że jadłem mało, to wagi jakoś nie ubywało. W końcu zacząłem biegać i było jeszcze ciężej, bo treningi na głodniaka to żadna przyjemność. Z biegiem czasu zauważyłem jednak, że mój organizm zaczyna przyzwyczajać się do mniejszej dawki pokarmu i przez ostatnie dwa tygodnie było całkiem znośnie.

Dziś, po około dwóch miesiącach muszę przyznać, że odchudzanie wcale nie jest takie łatwe. Zdarzały się dni czy wieczory, kiedy absolutnie musiałem zjeść przynajmniej kilka paczek ciastek by zaspokoić nawarstwiający się od kilku dni głód, ale po takim jednodniowym obżarstwie następnego dnia łatwiej było się ograniczać, bo mózg znów się nasycił i na kilka dni starczało. Jadłem w tym czasie normalnie, czyli obiadki w restauracjach, pizza, McDonald, czasem fastfood. Zdarzały się wesela okraszone alkoholem, imprezy pełne chipsów i paluszków oraz 3 dni w pięciogwiazdkowym hotelu. Ograniczałem jedynie ilość (nie licząc tych imprez i hotelu) i unikałem większych dawek słodyczy (choć czasem się zdarzało, że zamiast obiadu wciągałem pół kilo markiz orzechowych).

W końcu jednak się udało. Na wadze pojawiła się na pierwszym miejscu cyfra 6, co oznacza że cel został osiągnięty. Od teraz mam zamiar górną granicę zachować na poziomie 70, czyli 6 kilogramów mniej niż poprzednio. 6 kg - wyobrażacie sobie ile to jest? Trzy duże butelki coca-coli w promocji "pół litra gratis"! Czuję się bardzo dobrze. Nie dręczy mnie już głód, a biega się jakby lepiej.

Ciekawe czy to psychika, czy rzeczywiście jest dużo lżej ;)

P.S. Spodnie mi spadają ;)

Comments

4 Responses to “Odchudzanie i dieta cud - z kości na ości”

Gacek pisze...
28 wrz 2010, 13:04:00

To do moich 66,6kg jeszcze trochę ci brakuje :D Dawaj dawaj...
A co do spodni to ja musiałem wszystkie na nowo kupić... Tylko, że ja schudłem nie 6 a prawie 20kg... Wyobraź sobie ile to jest... Worek ziemniaków na brzuchu:D

info pisze...
28 wrz 2010, 19:01:00

Najlepszą motywacją jest jakiś zakład... :) Poczekaj do początku grudnia aż nabiorę masy (jak ten miś na zimę) i wtedy możemy się zakładać. Kto więcej zrzuci do kwietnia. Ostatnio miałem taki zakład i poszło z 71 na 64 :)
Banan

Tomek Pabich pisze...
28 wrz 2010, 20:27:00

Zakłady to mój brat lubi. Ostatni jaki pamiętam to krata browarów jak w jakimś tam czasie zrobi szpagat. Początki były dobre, ale zapomniał o finiszu ;-)

Chrupek pisze...
28 wrz 2010, 22:13:00

Z tej kraty to dostałem od niego tylko jednego browara:P

Prześlij komentarz