Kontuzje w sporcie

Kontuzje od zawsze były mi bliskim tematem. Zmagam się z nimi odkąd zacząłem systematycznie trenować, czyli już ponad dziesięć lat. Niewiele było sezonów, które udało się przepracować solidnie i bez przerw w treningach. Zawsze było coś. Zaczęło się od kostek. Skręcałem je regularnie w odstępach mniej więcej półrocznych. Trwało to około dwóch i pół roku i kosztowało mnie kilka straconych obozów, ważnych zawodów i wiele litrów potu, które wylałem na marne. Kiedy w końcu udało mi się z tego wyjść, zaczęły się problemy z kolanami.
Ot po prostu bolały. Im więcej biegałem, tym było gorzej. Robiłem przerwy, ale nie pomagało. W końcu odpuściłem cały sezon, kolana odpoczęły i wszystko wróciło do normy. Wspomagane odpowiednimi ćwiczeniami na razie się trzymają. Oczywiście życie byłoby za proste, gdyby na tym się skończyło, więc dostałem przerzutów na dwugłowy uda. Naderwanie. Pchany chęcią biegania lekceważyłem ból, aż w końcu stał się nie do zniesienia. Nie mogłem już nawet wchodzić po schodach. Trzy miesiące przerwy. Kiedy wracałem do treningów musiałem zaczynać od marszo-biegów, bo po trzech miesiącach zupełnego "nic-nierobienia" mięśnie miałem jak z waty. Następnie pojawiły się problemy z plecami. Zaczęły mnie boleć po ciężkich treningach. Czasem nie mogłem rano zwlec się z łóżka, szefa prosiłem o możliwość pracowania z domu przez kilka dni i gniłem w fotelu ledwie zdolny dojść do kibla i z powrotem. Przechodziło, ale wciąż wracało. Co kilka miesięcy. Kiedy wreszcie na starcie kolejnego sezonu czułem się dobrze okazało się, że przeciwko mnie obróciła się moja technika biegu. Od zawsze biegałem wyłącznie na palcach i w końcu achilles nie wytrzymał. Diagnoza: naderwanie. Zabiegi nie pomagały. Przerwa około trzech miesięcy. Sezon był stracony, wiec wróciłem do lekkich treningów dopiero gdy przestałem czuć skrzypienie pod palcami. Rewelacją ostatniego sezonu było zapalenie rozcięgna podeszwowego. Diagnozę postawiłem sam, bo żaden z trzech lekarzy na to nie wpadł. Słyszałem różne teorie, ale żadna nie była trafna. W końcu po wielu godzinach lektury internetu zdiagnozowałem sie sam i zaaplikowałem jedyne leczenie jakie było w moim zasięgu - rozciąganie. Czas leczenia od kilku do kilkunastu miesięcy. Fantastycznie.
Dziś, niemalże na starcie nowego sezonu siedzę na łóżku w pensjonacie górskim. Jestem na obozie treningowym i po raz kolejny od trzech tygodni zastanawiam się dlaczego świat jest taki niesprawiedliwy. Dlaczego moje chęci i ciężka praca są tak systematycznie niszczone? Powinienem się poddać? Dać sobie spokój? Odpuścić bieganie i zająć się czymś, co nie będzie sprawiać mi ciągłego zawodu? Chcę robić coś, z czego będę w stanie czerpać satysfakcję, będę mógł siać i zbierać plony. Mam już dosyć orania tego samego pola jeszcze zanim pierwsze zielone kiełki wyrosną ponad poranną rosę...

Zawsze zastanawiałem się jak inni radzą sobie z takimi przeciwnościami losu. Ja jestem uparty i wciąż wracam... przynajmniej na razie. Obojętnie jak mnie zbiją, podnoszę się. Czy to typowa cecha sportowca? Jak długo jeszcze dam radę? Aby zaspokoić swoją ciekawość, ale także zdobyć szerszą perspektywę poprosiłem kilku czołowych zawodników z Polski o ich doświadczenia w walce z kontuzjami na polu psychologicznym. Leczenie fizyczne to jedno, ale bez psychiki jest ono nic nie warte. Co z tego, że zawodnik znów będzie mógł biegać, jeśli już nie będzie chciał?
W konsekwencji kontuzji każdy zawodnik musi przejść dwie próby by z powodzeniem powrócić do uprawiania swojej dyscypliny. Po pierwsze musi przetrzymać początkowe załamanie i frustrację. Kontuzja wiąże się z przerwą w treningach. Długość przerwy jest różna w zależności od rodzaju dolegliwości, ale zawsze dla sportowca bolesna. Pół biedy, jeśli wystąpi na końcu sezonu lub na samym początku przygotowań do nowego. Po leczeniu nadal jest jeszcze czas by wykonać pracę niezbędną do osiągania zamierzonych wyników. Najgorzej gdy problem pojawia się na samym początku sezonu startowego, tuż po zakończeniu wielomiesięcznych przygotowań, albo co jeszcze gorsze na kilka dni przed najważniejszymi zawodami. Powszechnie wiadomo, że im wcześniej rozpoczniemy leczenie, tym krótsza przerwa i szybciej będziemy w stanie wznowić treningi. Co więc robimy? Oczywiście, zaciskamy zęby i startujemy do czasu, aż zniknie wszelka nadzieja na poprawę, lub ból stanie się nie do zniesienia. Wśród mejli jakie do mnie dotarły znalazłem wiele wypowiedzi potwierdzających tą tezę. Im wyższa stawka tym mniej logicznego myślenia a więcej desperacji i nadziei. Tacy już jesteśmy.
"Czasami trenowałam lub startowałam z dużym bólem stopy. Dosłownie ze łzami w oczach i pochlipując. Bo np. były eliminacja do MŚ (Mistrzostw Świata) i niewystartowanie wyeliminowałoby mnie od razu, albo nie miał kto za mnie pobiec ostatniej zmiany na Tiomili. Ból był okropny, ale satysfakcja, ze dałam radę też wielka..." - pisze Monika Depta, najlepsza seniorka ostatniej dekady. Podejmowane ryzyko może być zgubne, ale czasami może także przynieść wysoką wygraną.
"... byłem u dobrego lekarza, który stwierdził, że nie powinienem go jeszcze obciążać (dop. achillesa), mimo że czułem znaczną poprawę; jednak zaryzykowałem i (bez kolejnej przerwy w treningach) 5 kwietnia zostałem wicemistrzem Polski na longu, co było dla mnie olbrzymim zaskoczeniem." - napisał Rafał Podziński. Zaryzykował. Postawił wszystko na jedną kartę i wygrał. Ale w kolejnym zdaniu pisze: "Jak widać, tym razem się opłaciło, jednak wielu zapewne powiedziałoby, że było to nierozważne i nieprzemyślane..." - i to jest coś o czym wszyscy wiemy. Podejmując decyzję o starcie zawsze gdzieś z tyłu głowy mamy świadomość jak bardzo rozpaczliwy jest to gest. Pytanie czy warto? Powiedziałbym że nie, ale sam jestem świadom tego, jak czcze jest takie gadanie. Kalikst Sobczyński (Kajo), dawniej zawodnik elity, dziś trener pisze tak:
"... na mistrzostwa pojechałem na wycieczkę ze świadomością, że już pierwszy start może mi rozwalić Achillesa (chęć udziału w imprezie przesłoniła całkowicie racjonalne myślenie)".
W zetknięciu z czymś wielkim niezwykle ciężko jest odpuścić. Wtedy nagle wszyscy stają się optymistami...
W końcu jednak trzeba pogodzić się z rzeczywistością, iść do kolejnego lekarza i w znakomitej większości przypadków przerwa jest nieunikniona. To wtedy zaczynają się pierwsze poważne problemy. Decyzja o zarzuceniu treningów jest bodźcem, który rozpoczyna niebezpieczny cykl zmian w psychice zawodnika. Co z tego wyniknie zależy w dużej mierze od niego samego.
W wielu przypadkach pierwszym problemem jest prawidłowa diagnoza. Mało mamy w kraju lekarzy specjalistów, którzy znają się na rzeczy. Diagnozy są często chybione i sprawiają, że marnujemy czas na leczenie czegoś, czego nie mamy. Problem jest powszechny i nie tylko ja spotykam się z brakiem kompetencji wśród lekarzy. Maciek Hewelt pisze tak:
"Kolana - byłem u wielu lekarzy i każdy miał własną diagnozę. Jeden czy dwóch powiedziało że to normalne w moim wieku i jest związane z wykonywaniem sportu, obciążaniem stawów, w momencie kiedy są one osłabione tym że rosnę. Powiedzieli że jeżeli ból nie jest na tyle duży żebym nie był w stanie biegać, to jest moja decyzja i mogę uprawiać dalej sport, bo nie wiąże się z tym żadne powikłanie. Kilku stwierdzało jakieś obciążenia i problemy i przeważnie zalecali około dwóch tygodni odpoczynku... przy czym generalnie sugerowali żebym odpuścił sobie sporty. Jeden mistrz, powiedział mi na to jakąś łacińską nazwę, przepisał coś, kazał miesiąc podpierać się kulą i odpuścić kompletnie wysiłek fizyczny na okres roku. To był ostatni lekarz u którego byłem." - i nie ma się co dziwić. Mnie też się już nie chce do nich chodzić. Bo i po co, skoro może co piąta diagnoza jest dobra? Ponownie Maciek o następnej swojej kontuzji:
"Więzadła - od czasu wizyt u lekarzy od kolan, wyhodowałem w sobie sporo sceptycyzmu do tego zawodu. Generalnie póki nie ma naprawdę palącej potrzeby omijam lekarzy szerokim łukiem i zaciskam zęby, czekając aż coś przestanie mnie boleć." - wygodniej, prawda? Jednak nie rozwiązuje problemu. Choroby rzadko same znikają i w końcu trzeba udać się do kliniki. Jednak jeśli już to robimy, zadbajmy by zbadał nas specjalista.
Jeśli mamy szczęście, to okaże się, że musimy tylko zmniejszyć obciążenie, kilometraż, może nie wykonywać wskazanych ćwiczeń. Trochę mniej szczęścia mamy gdy przerwa jest konieczna, ale możemy w międzyczasie wykonywać inną aktywność ruchową. Bardzo ważne jest by z tego nie rezygnować. Basen, rower, siłownia, narty - to te najpopularniejsze. Najgorzej jest wtedy, kiedy nie można nic robić. Bezczynność jest naszym największym wrogiem. Sprawia, że zaczynamy się zastanawiać, rozpamiętywać i pomstować. To właśnie tutaj pojawia się pierwszy groźny problem. Niechęć, załamanie, pesymizm, spadek motywacji, depresja.
"Na początku mojej kontuzyjnej kariery, bo chyba tak nieszczęśliwie mogę nazwać tą część z uroków bycia sportowcem, było ciężko. W przypadku pierwszej poważnej kontuzji moja motywacja spadła bardzo szybko, do poziomu bliskiego zeru." - pisze Wojtek Dwojak, wielokrotny reprezentant Polski na Mistrzostwach Świata. Nie jest w tym osamotniony. Problem dotyka większości zawodników.
"Rzeczywiście na początku miałem problemy z psychiką (szczególnie, że przez bardzo długi okres leczyłem kontuzje). Czułem się bezradny i bardzo mi brakowało treningów. To mniej więcej takie uczucie jak osobę uzależnioną od alkoholu pozbawić nagle trunków" - napisał Bartek Gajkowski. Rafał Podziński też przyznaje się do chwil słabości:
"... byłem bliski załamania podczas trzeciej z w/w kontuzji (dop. przykurcz pasma biodrowo-piszczelowego lewej nogi), która spowodowała, że na obozie wysokogórskim we Włoszech nie byłem w stanie trenować. Straszne było spędzanie całego dnia w miejscu zamieszkania lub obserwując trenujących kolegów z kadry. Mój dzień ograniczał się do leżenia, laptopa, nauki, przygotowywania jedzenia... To nie to, co mnie kręci! Poza tym moim zdaniem jeszcze gorszy był fakt zbliżających się wielkimi krokami MP (dop. Mistrzostwa Polski), a przede wszystkich MEJ (dop. Mistrzostw Europy Juniorów) w Serbii". Skoro problem dotyka niemal wszystkich, to jak sobie z nim radzić? Przede wszystkim nie izolować się. Kontakt z ludźmi pomaga. Trzeba starać się zapełnić powstałą lukę innymi zajęciami. Jeśli samopoczucie polepsza Ci widok trenujących, zaangażuj się w prace w klubie. Jeśli wręcz odwrotnie, nie możesz patrzeć jak inni trenują, nie rób tego. Pamiętaj, że pokusa by do nich dołączyć może okazać się silniejsza niż zalecenia lekarza. Wiedz dokładnie czym ryzykujesz.
Druga bardzo ważna rada - myśl pozytywnie:
"Staram się generalnie nie myśleć, że kontuzja mnie pokonała. Czasem jak się poddam to pobeczę w domu, ale potem z optymizmem zaczynam nowy dzień walki o powrót na leśne ścieżki" - Monika Depta.
Miej też świadomość, że nie takie kontuzje świat już widział. W internecie można znaleźć wiele historii ludzi, którzy powracali do sportu po makabrycznych wypadkach. Chcieć to móc! Niektórzy, jak Rafał Podziński, doskonale zdają sobie z tego sprawę:
"... staram się zawsze być zdeterminowany, gdyż zawsze tłumaczę sobie, że nawet medaliści olimpijscy lub rekordziści świata takie (lub nawet gorsze) kontuzje przechodzili, a i tak byli w stanie powrócić do utraconej formy, ba! być najlepsi na świecie". - sama prawda.
Myśląc pozytywnie oraz przykładając dużo uwagi do rehabilitacji wzbudzamy w sobie poczucie, że robimy wszystko by jak najszybciej wrócić do biegania. Jest to bardzo ważne w tym pierwszym okresie czasu, kiedy dopadają nas myśli najczarniejsze. Im dalej, tym lepiej, bo bliżej końca kuracji i kolejnej "pierwszej" wycieczki do lasu. Bardzo trafnie ujął to Wojtek Dwojak:
"Stan psychiczny jaki reprezentuje się w trakcie trwania kontuzji ma według mnie kluczowe znaczenie w przebiegu kuracji. Czas leczy rany, a jak do tego głowa jest pozytywnie nastawiona, wynik zawsze jest dodatni".
Bardzo pocieszający jest też fakt, że średni czas powrotu do formy sprzed kontuzji to dwa, dwa i pół miesiąca. Nie trenując wydaje nam się, że dojście do formy może zająć pół roku lub rok, a jednak zebrane dane pokazują, że wysportowany organizm szybko odzyskuje nadwątlone siły i to nie tylko po krótkiej przerwie, ale także tych dłuższych. Robert Banach, kolejny wielokrotny reprezentant Polski na Mistrzostwach Świata i jeden z najbardziej doświadczonych biegaczy w Polsce zmagał się swojego czasu z dolegliwością zdiagnozowaną jako zespół tarcia pasma biodrowo-piszczelowego. Oto jak opisał swój powrót do formy po ponad trzymiesięcznej przerwie:
"Moja kontuzja zdarzyła się w zasadzie po okresie roztrenowania więc nie będę równał do tego okresu. Generalnie pod koniec lutego zacząłem truchtać i na początku marca pojechałem na zgrupowanie, na którym zrobiłem dużo objętości. Później sporo startów w Szwecji i jeszcze jeden obóz na początku maja i można powiedzieć, że w połowie maja po kontuzji już nie było śladu. Pewnie wytrzymałość jeszcze nie taka była, ale szybkość i inne aspekty były już w normie. Czyli 2,5 miesiąca wystarczyło".
Aby jednak nie popaść w skrajny optymizm warto przytoczyć także przykład Kaja:
"Kontuzja wpłynęła na decyzję o definitywnym porzuceniu biegania wyczynowego... i zajęcie się jeszcze poważniej pracą trenera... od 1997 roku łączyłem pracę trenera z byciem zawodnikiem, po kontuzji byłem trenerem, który trochę sobie biega". Niech będzie to przestroga dla wszystkich, którzy z gorącą głową lekceważą krzyki swojego organizmu i wołanie o pomoc.

Tym samym przeszliśmy już prawie przez wszystkie stadia życia kontuzji. Od dolegliwości, przez diagnozę i leczenie po powrót do biegania. Znów trenujemy, forma powraca, z niecierpliwością wyczekujemy pierwszych zawodów, na których już nie będziemy musieli się oszczędzać. Będziemy żyć długo i szczęśliwie.
Zaraz, napisałem wcześniej, że aby powrócić do sportu po kontuzji trzeba przejść dwie próby. Pierwsza to było przezwyciężenie ciężkiego okresu spadku motywacji i dołka psychicznego w pierwszych dniach bez treningu. Co jest drugą próbą?
Każda cięższa kontuzja pozostawia po sobie trwały ślad. Jest on tym głębszy im ambitniejszy zawodnik. Jeśli biegasz amatorsko, to kilkutygodniowa przerwa w treningach jest tylko przeziębieniem, która trzeba przebyć. Ale jak starasz się to robić na poziomie profesjonalnym, wtedy kilka tygodni przerwy jest jak poparzenie pierwszego stopnia. Zrobisz wszystko, by nie włożyć ręki drugi raz do tego samego kotła, a jeśli będziesz musieć, to sprawisz sobie chochlę. Innymi słowy dostajemy w spadku dwie rzeczy, dobrą i złą:
Pozytywną pozostałością w wielu przypadkach jest zestaw ćwiczeń i zabiegów profilaktycznych. Zaczynamy doceniać wartość kontuzjowanego mięśnia czy stawu i przykładamy do niego większa uwagę podczas ćwiczeń ogólnorozwojowych. Naturalną konsekwencją w większości przypadków będzie też zastosowanie działań profilaktycznych w innych miejscach szczególnie narażonych na urazy. Robert Banach jest jednym ze szczęśliwców, którzy już się przekonali:
"Ponieważ ostatnimi zabiegami jakie brałem były specjalne ćwiczenia rozciągające na daną partię mięśni, bardzo uwierzyłem w moc ćwiczeń rozciągających".
Wszyscy zawodnicy z którymi się kontaktowałem byli jednomyślni. Po kontuzji stali się bardziej wyczuleni na wszelkie alarmujące bodźce płynące z organizmu.
"... problemy z kręgosłupem wyczuliły mnie na wszystkie, nawet najmniejsze niedogodności, dotykające mojego kręgosłupa, jak na przykład niewygodne siedzenia, więc jak tylko siedzę, na jakimś nieprzyjemnym krześle, od razu mam sygnał z głowy, że coś jest nie tak" - napisał Jacek Morawski.
Niestety, jak pisałem wyżej, w psychice zawodnika w niektórych przypadkach kontuzje zostawiają także drugi, negatywny ślad. Jest to bariera, którą musimy nauczyć się znów przekraczać. Przykładów jest wiele, a najprościej jest przytoczyć te, które dotyczą skręconych kostek. Maciek Hewelt pisze tak:
"... kiedyś potrafiłem biec przed siebie jak debil, obojętnie w jakim terenie, a dzisiaj jak widzę "pole skalne" lub chaszcze przysłaniające podłożę, to mam pewną obawę o swoje kostki". Podobnie wyrazili swoje obawy Monika Depta i Bartek Gajkowski, którzy także doznali bolesnych skręceń stawu skokowego. Nie dziwię się. Mam to samo. Pomimo że kostki nie skręciłem już kilka ładnych lat nadal mam nawyk patrzenia cały czas pod nogi. Nie rozwijam także pełnych prędkości na zbiegach. Aby pokonać tę barierę trzeba się przemóc i ponownie ją przekroczyć. Nie jest to proste, ale w wielu przypadkach może być niezbędnym elementem końcowego sukcesu. Kontynuując przykład z kostkami: jeśli na większości zawodów biegasz ostrożnie, ale na tych ważnych potrafisz pobiec na pełnej prędkości, to wszystko jest w porządku. To nie jest bariera, a jedynie zimna kalkulacja. Ryzykujesz tam, gdzie musisz. Jeśli natomiast nawet podczas ważnego startu hamujesz przy zbieganiu z górki, to może cię to kosztować miejsce na podium. W takich przypadkach niestety nie ma innego wyjścia. Trzeba włożyć rękę jeszcze raz do tego samego kotła z wrzącą wodą aby zburzyć ten niebezpieczny mur w twojej głowie. Zanim jednak to zrobisz, przygotuj się. Kontuzja jest już za tobą, więc na pewno wiesz jak to zrobić. Kocioł i woda pozostaną takie same. To ty musisz się zmienić. Myśląc nad dobrym przykładem przypomniał mi się makabryczny wypadek Roberta Kubicy. Wprawdzie wyszedł z niego zaledwie ze skręconą kostką, ale wyobraźcie sobie jak głęboką zadrę w jego psychice musiało zostawić zderzenie ze ścianą przy takiej prędkości. Jak zachował się Robert? Poprosił o pięć miesięcy przerwy by się otrząsnąć i pozbierać? Skąd! Zrobił wszystko by jak najszybciej wrócić na tor, bo wiedział, że żeby dalej jeździć musi przełamać w sobie lęk przed ponownym wypadkiem, który z pewnością umościł sobie wygodne gniazdko w jego psychice. Był na to tylko jeden sposób. Usiąść za kierownicą bolidu, wcisnąć gaz do dechy i przejechać kilka okrążeń na pełnej prędkości.

Kontuzje były, są i będą. Możemy starać się przed nimi uchronić, ale nie zawsze nam się uda. Ponownie niezwykle celnie skwitował cały temat Wojtek Dwojak:
"Teraz mam już zdrowsze podejście, jestem świadomy, że kontuzje to taka sama część sportu jak obozy zimowe czy błędy pod koniec biegu. Nie znaczy to, że wyczekuję ich z niecierpliwością, po prostu lepiej wiem jak sobie z tym radzić".
Cieszę się, że zabrałem się do pisania tego artykułu, ponieważ zbierając do niego informacje zauważyłem, że uparte dążenie do celu i silny charakter są kolejnymi cechami wspólnymi dla czołówki Polski. Skoro tak, to i ja i wy wszyscy musicie być równie nieugięci. Wygrana nie zawsze oznacza miejsce na podium. Każdy stawia sobie własne cele. Dla jednych jest to medal na Mistrzostwach Świata, dla innych pierwsza piętnastka na Mistrzostwach Polski, dla jeszcze innych samo ukończenie trasy. Trenujcie, nie poddawajcie się, nie ulegajcie swoim słabościom. Aby sięgnąć ku marzeniom, trzeba odwagi, wytrwałości i hartu ducha, czego wam i sobie życzę!

P.S. Wszystkim osobom, które podesłały do mnie materiały dzięki którym powstał ten artykuł serdecznie dziękuję :)
P.S.2 Jutro wycieczka biegowa :)

Comments

5 Responses to “Kontuzje w sporcie”

Hewi pisze...
18 lut 2010, 19:50:00

Bardzo fajny post, chociaż życzę wszystkim biegaczom żeby nie musieli interesować się tym tematem;)

cygler_s pisze...
22 lut 2010, 23:30:00

Świetny artykuł! Gratuluję!

Piotr pisze...
8 mar 2010, 13:06:00

Sama prawda. Jakieś szczególnie wartościowe ćwiczenia na kolana polecasz?

Tomek Pabich pisze...
8 mar 2010, 13:16:00

Półprzysiady na jednej nodze wykonywane regularnie zdają się nieźle działać. Dużo problemów z kolanami wiąże się z rzepką. Mocny mięsień czworogłowy uda zapobiega wielu kontuzjom tego typu. Ćwiczenia wykonuję w seriach 3x15-20 na każdą nogę. Na początku mniej, bo mięśnie są słabsze i nie warto ich przeciążać.
Dodatkowo ból w okolicach kolan często jest związany z zapaleniami mięśni, więc trzeba też pamiętać o dobrej rozgrzewce oraz unikać częstego "spinania" się podczas biegu.

Anonimowy pisze...
30 sty 2011, 21:47:00

Troszkę późno dotarł do mnie ten artykuł, ale najważniejsze, że w końcu dotarł. Dziękuje za niego...

Prześlij komentarz