Obóz zimowy - Szklarska Poręba 2010

Czekali, czekali, aż się doczekali. Nareszcie urlop i nareszcie wyjazd! Tym razem na obóz treningowy do Szklarskiej Poręby. W planach było dużo biegania, jazdy na nartach i relaksu. Nie wszystko udało się zrealizować, ale z ogólnego wyniku jestem zadowolony i zaliczam wyjazd do bardzo udanych. Zacznijmy od początku...

Pojechaliśmy własnym samochodem, ponieważ trzeba było zabrać narty. Magister inżynier Tomasz Pabich po raz kolejny wykazał się pomysłowością i do auta weszły jeszcze dwie dodatkowe osoby (Marta i Sness) i szczęśliwie w czwórkę dojechaliśmy na miejsce.
Jeszcze tego samego dnia wyszliśmy na krótkie i leciutkie rozbieganie. Ból w stopie dokuczał, ale najgorsza była niepewność co się stanie gdy naprawdę zacznę biegać. Przez ostatnie dwa tygodnie robiłem po 40 km, z czego większość na nartach biegowych. Bałem się bardzo co powie stopa na obciążenie rzędu 100 km tygodniowo. Albo ją wyczekam, albo ból się nasili i przerwa w treningach będzie nieunikniona. Zdeterminowany dobrym początkiem sezonu i rosnącą formą postanowiłem zaryzykować i cały obóz biegać normalnie, a ból w stopie zignorować. Okazało się, że decyzja była dobra, bo ból zamiast się nasilić, zelżał. Wprawdzie do planu treningowego zmuszony byłem wprowadzać drobne cięcia w stosunku do tego co reszcie aplikował "Pasza", ale było to wynikiem zdrowego rozsądku i obawą o przetrenowanie, a nie bólu. Uznałem, że po treningach w przedziale 40-60 km tygodniowo nie ma sensu wskakiwać nagle na 150. Po zsumowaniu całego tygodnia i tak wyszło mi 115, z czego jestem więcej niż zadowolony.

Trening popołudniowy
Byliśmy zakwaterowani w świetnym miejscu, 200m od lasu i drogi pod reglami. Znakomita baza wypadowa na treningi i wycieczki biegowe. Do miasta wychodziliśmy tylko na spacery i zakupy.
Na jedzenie nie można było narzekać. Najadałem się, w większości mi smakowało, a po obiedzie i kolacji (która zawsze była na ciepło) na stołach pojawiało się jeszcze - ku mojej uciesze - coś słodkiego. Dobrze że w naszej rodzinie tylko ja jestem takim amatorem słodyczy. Czasem udawało się wyżebrać od Mary słodką bułkę :)
Rozkład dnia był obozowy. Pobudka o 7.30, rozruch a po nim śniadanie. Trening przedpołudniowy rozpoczynaliśmy przeważnie w godzinach 10-11, tak by zdążyć przed obiadem o 13.30. Po obiedzie sjesta, a po południu trening około 16. Kolacja na 19, a potem Vancouver i kibicowanie polakom, którzy na tych zimowych igrzyskach olimpijskich dostarczyli nam sporo emocji, a mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec (w sobotę bieg Kowalczyk na 30 km).

Przyczajka na skarpie
Przez półtora tygodnia zaliczyliśmy trzy wycieczki biegowe. Na pierwszej byłem jeszcze ostrożny i wybrałem najkrótszy wariant. Żółtym szlakiem do schroniska "Pod Łabskim Szczytem", potem czarnym (dziewiczy śnieg!) w dół do niebieskiego i drogi pod reglami, a potem drogą pod reglami do domu. W sumie zrobiłem około 18 km i czułem się już zmęczony.
Druga wycieczka prowadziła przez Wielki Kamień do Jakuszyc. O ile droga na Wielki Kamień była znośna, to dalej wszystko się posypało. Przez kilka kolejnych kilometrów do Jakuszyc bardziej walczyłem o utrzymanie równowagi niż tempa biegu, a bluzgi sypały się gęsto. Marian, który dzielnie mi towarzyszył podczas wszystkich wycieczek też nie szczędził języka. Mocno zniechęceni do ośrodka wróciliśmy asfaltem, co samo w sobie także nie było za przyjemne. Na koniec mocno bolały już nogi od twardej nawierzchni, pomimo że wydolnościowo czuliśmy się jeszcze przyzwoicie. W sumie wyszło nam 22 km.
Ostatnia eskapada była najtrudniejsza, ale też najfajniejsza. Najpierw czerwonym szlakiem wbiegliśmy na Szrenicę (Marian był mega-dumny z faktu, że po raz pierwszy nie szedł na długim podbiegu), a potem ze Szrenicy pobiegliśmy na Wielki Szyszak. Wiało jak diabli i byłem ogromnie zadowolony, że zabrałem ze sobą ortalion. Dzięki niemu było mi prawie ciepło. Ucierpiało tylko jedno ucho (wiatr cały czas z prawej strony) i siusiak. Chyba muszę brać jeszcze coś oprócz samego dołu od R90 na takie wybiegania. Po okrążeniu Szyszaka było już wspaniale. Wiatr w plecy, słońce, czyste niebo i fantastyczne widoki. Nawet fakt, że ominęliśmy szlak którym mieliśmy zbiegać i nadłożyliśmy 3 km nie był w stanie popsuć mi humoru. Powrót do ośrodka drogą pod reglami był już ciężki (zmęczenie w nogach) i musiałem walczyć przez ostatnie 3 km, ale jednocześnie byłem ogromnie zadowolony i dumny, że dałem radę. W sumie wycieczka miała około 24 km i zajęła mi trochę ponad 3 godziny.

Leśniczówka, stały punkt treningów
Jeszcze tego samego dnia opuściliśmy zgrupowanie z przyczyn osobistych i wróciliśmy do Pabianic. Mimo to staraliśmy się nie odpuszczać i zarówno we wtorek jak i w środę zrobiliśmy dość długie treningi i dopiero dziś planujemy odpoczynek, tak jak reszta obozowiczów. W sumie przez 10 dni zrobiłem 185 km. Całkiem nieźle.
Warto wspomnieć także o Mistrzostwach Polski w orientacji na nartach, które odbywały się w Jakuszycach w terminie naszego obozu. Korzystając z okazji zgłosiliśmy się do biegu sztafetowego i sprinterskiego. Nie planowaliśmy ścigania się i walki o medale, ale o dziwo takowe się pojawiły. Szerzej o starcie w Mistrzostwach, naszych sukcesach i wrażeniach napisze Mary. Ja tylko wspomnę, że moje ostatnie miejsce w sztafetach wynikło z faktu, że mapy z których zmuszony byłem korzystać były kiepskiej jakości i nie było na nich wszystkich strumieni i skarp, które skutecznie utrudniały mi poruszanie się na przełaj (nie pytajcie czemu nie jeździłem ścieżkami...). Gdyby tego było mało, to jeszcze źle dobrałem narty, połamałem mapnik i zrobiłem chyba miliard innych błędów. W ogólnym rozrachunku po chłodnej analizie uważam, że mój końcowy czas był łagodnym wymiarem kary :), czytaj: na nartach jestem cienki jak włos z dupska nietoperza.

Comments

4 Responses to “Obóz zimowy - Szklarska Poręba 2010”

Gohan pisze...
26 lut 2010, 14:11:00

Oglądałam zdjęcia i nie mogę zrozumieć co Mietek przeskrobał, że go tak torturowaliście XD

Hewi pisze...
26 lut 2010, 15:21:00

Na zimnego siusiaka najlepsze są spodnie od bielizny termoaktywnej...nie ruszam się bez nich w ziemie! Ostatnio też przetestowąłem sposób Janczara i na slipki nałożyłem bokserki...podwójna warstwa ochronna też spełnia swoją rolę;)

Tomek Pabich pisze...
26 lut 2010, 16:14:00

No właśnie o takich spodenkach myślałem. Zastanawiałem się tylko czy nie zakłądać ich już na górze, bo na dole jak nie wieje to może być za gorąco, ale potem uświadomiłem sobie, że jakbym założył takie czerwone spodenki na R90 to wyglądałbym jak Turbodymomen :)

20 mar 2010, 22:49:00

Szklarska Poręba jest super.

Prześlij komentarz