Zakończenie sezonu i piękna polska jesień

Na wszystkich zaprzyjaźnionych blogach obwieszczono już koniec sezonu, a więc pora i na nas. Oficjalne zakończenie miało miejsce w zeszły weekend. Całoroczne zmagania zwieńczyliśmy aż trzema startami, a zabawa była przednia. Dziś, tydzień później, pozostaje już tylko podziwiać piękną polską jesień i rozpocząć mozolne przygotowania do kolejnego roku "w kszurach".

Zawody zatytułowane "Zakończenie sezonu" obejmowały dwa biegi w sobotę w lesie łagiewnickim oraz jeden w niedzielę, w Grotnikach. Rzadko się zdarza abyśmy nie musieli nocować poza domem jadąc na dwudniowe zawody, ale tym razem tak było i całe szczęście, bo nie wiem czy miałbym jeszcze siłę na kolejny całoweekendowy wyjazd.
Baza w szkole jak zwykle się przydała, bo można było się spokojnie przebrać. Organizatorzy zadbali o transport na start (kilka minut autobusem) oraz o możliwość pozostawienia zbędnych ubrań tuż przed startem. Na trasę leciałem mniej więcej w połowie stawki. Na 6 minut gonił mnie Marian i chciałem zrobić wszystko by nie dać się dogonić, ale jak się później okazało to nie był mój dzień.
Zacząłem dość szybko, ale niestety już do drugiego punktu zrobiłem duży błąd (około 2 minut - zmieniłem wariant w czasie biegu) i już od początku oglądałem się za siebie, co wcale nie pomagało. Kilka następnych poszedłem całkiem znośnie, ale wybierając wariant na szóstkę postanowiłem pobiec na azymut i... pogubiłem się kompletnie. Do dziś nie wiem jak się znalazłem tam gdzie się znalazłem, ale wiedziałem, że już mam po biegu. Byłem w połowie przebiegu pomiędzy szóstką a siódemką. Wracając do szóstki postanowiłem, że jak spotkam Mariana, to lecę z nim. Chciałem zobaczyć jakim tempem biega po lesie, a ten bieg i tak już był na straty. Jakieś 200 metrów później spotkałem Mariana i ruszyliśmy razem. Tempo było mocniejsze od mojego, ale dawałem radę. Miejscami brakowało mi tchu i wtedy puszczałem go przodem, ale później nadganiałem.
Za połową trasy zrobiliśmy duży błąd. Ja się szybko zorientowałem, że coś jest nie tak i kiedy biegłem do następnego punktu krzyknąłem Marianowi gdzie ma poprzedni. Oceniając odległość szacowałem, że mam około 2-3 minut przewagi. Jakież było moje zdziwienie, kiedy Mariana zobaczyłem tuż po najbliższym punkcie (akurat był długi przebieg). Leciał jak dziki i wiedziałem, że tym tempem nie dam rady biec, ale na szczęście on też szybko zwolnił i wszystko wróciło do normy. Ostatnie punkty to już biegówa po drogach i przez pole. Jako że zaczęło mi dokuczać ścięgno pod kolanem dałem sobie spokój i ostatnie dwa punkty pokonałem spacerkiem. Ukończyłem trasę bez jednego punktu i byłem nieklasyfikowany, ale z samego biegu zadowolony. Fajnie się sunęło w parze z bratem.
Z powodu tego samego bólu odpuściłem sztafety dwuosobowe, które odbywały się jakieś dwie godziny później. Poszedłem na trasę z małymi dziewczynkami w roli mentora. Spisały się całkiem nieźle. Żałowałem tylko, że ominęły mnie emocje w strefie zmian. Udało mi się dotrzeć do mety dopiero na finisz czołówki elity. Ogólnie miły i udany dzień, a zawody jak dla mnie zrobione bardzo fajnie.
Zaznaczę jeszcze, że tego dnia zapomniałem kompasu, ale Podzio pożyczył mi swój. Wielkie dzięki!

W niedzielę startowaliśmy w Grotnikach. Miałem mieszane uczucia co do tego biegu. Grotniki kojarzyły mi się z jeżynami, po których biegać nie przepadam. Rozgrzewkę zaczęliśmy już godzinę przed startem, bo Marian wziął piłkę i wreszcie było co pokopać! Pół godziny później, podczas gdy Łukasz Charuba okraszał zawody dowcipnym i błyskotliwym komentarzem, my już przemieszczaliśmy się w stronę startu.
Tego dnia postanowiłem pobiec tempem Mariana. Ostatni bieg w sezonie, więc nie muszę się już oszczędzać. Ból ścięgna postanowiłem przetrzymać i martwić się nim później. Wszystko układało się ładnie aż do dwunastki, której nie znalazłem. Stwierdziłem, że jestem w dobrym miejscu i pobiegłem dalej. Rozkojarzony zrobiłem błąd na trzynastkę i zrezygnowany miałem już schodzić, ale właściwie nie było jak, więc dobiegłem do końca, zachowując przyzwoite tempo. Na mecie miałem nadzieję, że wszyscy się od razu spytają czy mam dwunastkę, ale nie. Nikt się nie spytał, a po wczytaniu chipa dowiedziałem się, że mam NKLa. Trzymam formę! Po analizie wywieszonych czasów wiedziałem, że nie ma się o co kłócić, bo i tak bym był czwarty (1 sekunda przed Charubą! :)), ale zwróciłem Jackowi Olasowi uwagę, że moim zdaniem punkt stał źle. Chłopaki ode mnie z klubu się ze mną zgadzali, a Jacek po zbieraniu punktów także przyznał mi rację. Fajnie. Zawsze to lepiej niż drugi NKL z rzędu :) Sama trasa była dość ciekawa, choć z tego lasu za wiele wycisnąć się nie da. Na szczęście nie było jeżyn, a co ważniejsze nie czułem wcale bólu pod kolanem, pomimo szybkiego biegu. Byłem zadowolony.
Oklaskując ostatnich zwycięzców już robiłem plany na kolejny sezon. Założenia? To proste - ustrzec się kontuzji. Jak to się uda, to reszta przyjdzie sama.

Dziś, tydzień później, robiąc rozbieganie z Marianem (75 minut) z uwagą obserwowałem nasz pobliski lasek miejski i muszę przyznać, że nigdy nie wydawał mi się taki ładny. Jednak jesień jest piękna. Korzystając z faktu, że mam właściwie wolny dzień oraz mając świadomość tego, że resztka liści jakie jeszcze na drzewach pozostały niedługo także opadnie, postanowiłem udać się do lasu raz jeszcze, z aparatem, i pstryknąć kilka ładnych fotek na pamiątkę. Wyszły bardzo fajnie. Zapraszam do oglądania.
Tym optymistycznym akcentem zamykam sezon 2009 i rozpoczynam przygotowania do następnego. Póki starczy sił... oby jak najdłużej.

Comments

3 Responses to “Zakończenie sezonu i piękna polska jesień”

Anonimowy pisze...
1 lis 2009, 18:37:00

czy można uzyskać gdzieś jakieś namiary kontaktowe (typu mail) na autorów bloga?

Tomek Pabich pisze...
1 lis 2009, 19:56:00

Można.
pabicht@gmail.com
:)

Anonimowy pisze...
6 gru 2009, 22:26:00

2 odwołania do charubci, cieszę się ze sławy i tak dalej trzymać!

Prześlij komentarz