UNTS CUP 2009

Na zawody do Warszawy zdecydowaliśmy się jechać dość późno. Uległem namowom Mary i pomimo dręczących mnie ścięgien postanowiłem wystartować, choć nie ukrywam, że oba starty z góry potraktowałem treningowo. Nie były to jedyne uciechy cielesne dla biegaczy. Przed wieczornym biegiem w sobotę rano odbyły się w Warszawie także Szkolne i Akademickie Grand Prix - te drugie dzięki inicjatywie okręgowego związku. W zawodach wystartowała zarówno młodzież szkolna jak i gawiedź studiująca, a miejsca na podium rozeszły się (właściwie rozbiegły) jak ciepłe bułeczki. Na UNTS CUP było super, ale niestety uległem zmasowanym siłom wroga :)

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie organizacja. Pierwszy dzień odbył się na terenie leśno-parkowym i już od początku byliśmy mile zdziwieni atmosferą zawodów i poziomem organizacji. Widać było, że wielu zawodników klubu chętnie udziela się i dokłada swoje "pięć groszy" do ogólnego wizerunku zawodów. Dzięki temu nie mieliśmy żadnych problemów ze zgłaszaniem się, dojazdem czy rejestracją. Oprócz profesjonalnej organizacji głównego zaplecza było także wiele dodatkowych akcentów umilających start w tych zawodach jak chociażby nagłośnienie, ciepła herbata i ciastka dla wszystkich biegaczy (dla ostatnich nalewali już nawet z prywatnych termosów! :)) oraz coś co nieczęsto się spotyka: sklepik z cenami niemal jak w sklepie spożywczym. Bardzo, bardzo pozytywnie. Podobnie rzecz miała się dnia następnego. Wszystko odbyło się bez opóźnień, bez problemów technicznych i w miłej atmosferze. Wielkie brawa, gratulacje i podziękowania dla organizatorów za całokształt pracy!
Co do samego startu:
Na nocnym startowałem z lampką "made in ryniacz" i "wczorajszymi" bateriami. Tak jak wspomniałem nie nastawiałem się na ściganie, a raczej na lekki, przyjemny bieg. Założenia udało się zrealizować w połowie. Do pełni szczęścia zabrakło... dobrych butów. Organizatorzy doradzali start w Jalasach, co też uczyniłem, ale okazało się, że duża ilość przebiegów ścieżkowych nie służyła moim stopom i wysłużonym butom. Nie mają już właściwie amortyzacji i na koniec trasy strasznie bolały mnie podeszwy, a do tego kończyła mi się lampka. Najbardziej rozbawił mnie Pasza, który mijając mnie wyglądał jak kolej transsyberyjska i jeszcze narzekał, że mu światło siada, podczas gdy ja widziałem na dwa metry wprzód i miałem problemy ze znalezieniem skrzyżowań dróg :) Nic to. Z obolałymi stopami ale ukończyłem, a na mecie przywitały mnie owacje (głównie Oleja, który pewnie już cieszył się z wygranej... chociaż... właściwie to on cały czas się cieszy. Taki człowiek z bananem na mordzie :)).
Drugi dzień przywitał nas słoneczkiem i piękną pogodą. Centrum zawodów znajdowało się w bardzo ładnym miejscu (rzeka, altanki, polanki, ogniska) i wszystko zapowiadało się dobrze, póki nie założyłem jalasów. Od razu poczułem ból i wiedziałem, że to nie będzie przyjemny bieg. Ja się później okazało, bolące stopy wcale nie były największym problemem. Już w drodze do pierwszego punktu wpadłem w taką gęstwinę, że w końcu zrezygnowany musiałem się z niej wycofać i obiec. Nie dało się przez nią nawet przejść, o biegu nie wspominając. Całą trasę towarzyszyły mi zastępy jeżyn oplatających zawzięcie moje nogi, co wcale nie było przyjemne, szczególnie, że w skarpetach mam dziurę tuż nad butem. Jakże zazdrościłem Marysi ochraniaczy! W końcu, po połowie trasy, umęczony, zakrwawiony, pogryziony, pokąsany i podrapany uległem zmasowanym siłom wroga i przestałem biegać po jeżynach. Zacząłem iść :)
Doszedłem sobie do końca i nawet nie byłem ostatni. Zły las! Niedobry!
Chrupek niesiony moim dopingiem (mijał mnie na "przebiegu widokowym") zdołał wygrać kategorię M21 i zgarnąć główną nagrodę - 150 PLN. Gratulacje! Drugi był "Papuś" a trzeci Pasza, który okazał się niewdzięcznikiem i nie podzielił się nagrodą, pomimo że pokazałem mu dwa punkty ;) Jak Kuba Bogu... tak Bóg wojny Kubie :D
W oczekiwaniu na zakończenie wybrańcy (wśród których się znalazłem) mieli przyjemność wziąć udziałem w "Jolanita Cup", czyli krótkim biegu sprinterskim zorganizowanym dla uczczenia 16tych (tak na oko) urodzin Joli. Jako że byłem już przebrany i ni w ząb nie uśmiechało mi się wbijanie w mokry dederon postanowiłem udać się na trasę jako fotograf, czego rezultat możecie zobaczyć na Picasie. Fotki wyszły całkiem fajnie, a większość zawodników usłuchała mojej prośby i uśmiechała się szeroko na widok mojego obiektywu ;-)
Mary była dwa razy czwarta i pomimo rozbitego oka widziałem przebłyski nadziei na jej twarzy. Po osłabieniu chorobą forma zaczyna wracać i fizycznie biegało się jej coraz lepiej. Do MP już tylko dwa tygodnie!
Podsumowując zawody były bardzo udane. Jedynym minusem była mapa drugiego dnia. Nie znajduję za bardzo przyjemności w bieganiu cały czas po jeżynach, no ale cóż, czasem nawet poważne imprezy są organizowane w takim terenie. Następnym razem założę nowe skarpety, nowe buty i będzie dobrze. W końcu jak mawia nasz znajomy "Nogi są po to by krwawić". Są spore szanse, że za rok ekipa z Pabianic znów odwiedzi okolice Warszawy i kolejny raz "zarzadzi" na podium ;)

Strona zawodów (wyniki): http://www.jot.cal.pl/untscup/

Comments

2 Responses to “UNTS CUP 2009”

jack pisze...
22 wrz 2009, 08:37:00

18tych urodzin Jolanty!!!

Tomek Pabich pisze...
22 wrz 2009, 09:47:00

Hahaha :) Toć nie wiesz, że wiek kobiet zawsze się zaniża? Jola już na zawsze będzie "gorącą szesnastką".

Prześlij komentarz