Grand Prix Mazowsza 2010


Mary na finiszu podczas sprintu
Przyszedł czas zmierzyć się z kolejnym GPM. Przyzwyczajony do niekwestionowanej dominacji na tych zawodach zgłosiłem się bez wahania. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że nie ma kategorii B. Gdzie ja mam wygrywać!? Chcąc, nie chcąc musiałem wystartować z całą resztą M21. Na szczęście większość tzw. "dzików" wyjechała do Szwecji na WRE i 10Mile. Uff...

Na zawody wybraliśmy się całym klubem. Dwa busy. Połowa starszych, połowa młodszych. Zawojować GPM nie mieliśmy zamiaru, ale tereny na Mazowszu są dosyć przyjazne dla młodzieży i świetnie nadają się jako mapy treningowe. Przed nami cztery starty.
Skansem w Broku, a w nim malownicze wiatraki
Trzy etapy GPM oraz drugiego dnia po południu sprint dla najlepszych oraz studentów (bieg zaliczany do jakichś zawodów akademickich i studenci mieli wstęp wolny. Poza tym mogły startować najlepsze osoby z K/M16-21. Nie wiem jak w innych kategoriach, ale u mnie kwalifikowała się pierwsza dziesiątka. Miałem nadzieję, że bez problemów się zakwalifikuję.
Całą drogę lał deszcz. Nie inaczej było już na miejscu. Dopiero około 50 minuty zaczęło się przejaśniać, czyli w sam raz na mój start. Sama trasa było dość interesująca, ale bez emocji, natomiast entuzjazm, przynajmniej w moim busie budził dobieg do map, który był poprowadzony niemalże slalomem przez całkiem gęsty las.
Niedzielny sprint
Jak dla mnie zabawa była przednia i od razu bieg mi się spodobał. Nawet to, że zawaliłem wszystkie cztery pierwsze punkty nie popsuło mi humoru. Niedaleko za połową trasy dogonił mnie zawodnik Gwardii WaWa (de Jong) i z nim przebiegłem resztę trasy. Był bardzo dobry orientacyjnie, a tempo biegu miał idealne, stąd nie miałem żadnych problemów w dotrzymywaniu mu kroku. Przez błędy na trasie dogonił mnie na 6 minut. Nieźle. Musiał mieć niemal bezbłędny bieg. Byłem siódmy. Przegrałem jeszcze z Tadejewskim, Chrupkiem, Porzyczem, Krukiem, Drągowskim. Powinienem być przynajmniej dwa miejsca z przodu. Szkoda. Jedyny plus jest taki, że nareszcie nogi mnie niosły i chociaż do ścigania się o pierwszą piętnastkę to jeszcze za mało, przynajmniej widać wreszcie jakieś postępy. W przyzwoitym tempie ukończyłem bieg bez większych oznak zmęczenia.
Reszta ekipy pierwszego dnia spisała się całkiem nieźle. Szczególnie Bany i Snes pokazały, że potrafią.

Snesik podbija słynny punkt za korzeniem
Niestety nocleg na sali jaki nam zafundowano nie należy do moich ulubionych i jak zwykle po kłopotach z zaśnięciem obudziłem się wcześnie rano kiedy tylko pierwsze osoby zaczęły wstawać (6:30). Standard. Nigdy się na tych masowych noclegowniach nie wysypiam :/ Całe szczęście, że przynajmniej moi sąsiedzi byli kulturalni i przestali rozmawiać jak ich poprosiłem. Pozdrawiam :)
Drugiego dnia miało być krócej i ciekawiej. Część trasy była zaplanowana jako mikrosprint. Przejąłem się nim nie na żarty. Wiedziałem, że takie coś może być bardzo trudne, bo Mary miała okazję to biegać w zeszłym roku na zawodach towarzyszących do WOC2009. Jeśli ona miała wtedy problemy, to ja na pewno będę je miał. Po kilku błędach na trasie wpadłem wreszcie na zmianę mapy.
Klucha odbiega od czujnej trzynastki
Zacząłem ostrożnie i uważnie śledziłem całą drogę do punktów oraz dokładnie sprawdzałem opis na piktogramach. Zupełnie nie pomyślałem o tym, że niektóre z tych punktów mogą mieć normalne numery i wszystkie pobiegłem tylko na mapę i opis. Co więcej mocno zwolniłem - a to jak się później okazało wcale nie było konieczne. Mikro było proste i można było śmiało cisnąć przed siebie. Na koniec miałem jeszcze drobne problemy ze znalezieniem się na mapie po jej drugiej zmianie. Straciłem dobre 40s stojąc w miejscu i głowiąc się nad kierunkiem biegu. Ogólne wrażenia podobne do dnia pierwszego - nieźle biegowo i kiepsko orientacyjnie.

Gohan pije trzynasty kubek na mecie ostatniego dnia
Na popołudniowy sprint zupełnie się nie szykowałem. Zabrałem pierwsze lepsze ciuchy i postanowiłem pobiec na kompletnym lajcie, co też uczyniłem. Przyspieszyłem tylko końcówkę bo Gema i dzieciaki strasznie się darły i nie mogłem się doczekać kiedy przestaną :) Koniec końców okazało się, że byłem czwarty. Przy mocniejszym biegu były spore szanse na pudło. No nic, przynajmniej się za bardzo nie zmęczyłem :)
Handicap dnia trzeciego był najciekawszy. Miał mnie gonić Krasuski, ale się nie stawił, więc żeby nie było nudno poczekałem przy szóstce na Drągowskiego :) Oczywiście żartuję. Zwyczajnie nie mogłem znaleźć tego parszywego punktu i straciłem tam sporo ponad 3 minuty.
Nasze Szczurki zadowolone po pierwszym etapie
Jak dodamy do tego kolejne dwie minuty wtopy na trójkę do dostajemy porcję ściganka. Wiedziałem, że jestem szybszy, więc od razu zacząłem uciekać. Prowadzenia nie oddałem już do końca, pomimo dwóch drobnych błędów. W sumie ukończyłem piąty, czyli utrzymałem swoją pozycję startową. Pewne zwycięstwo zaliczył Chrupek. Pomimo że większość trasy biegł z Januszem, to nie miał żadnych problemów na finiszu, a Janusz vel "czołg", jak sam siebie określił, nawet nie podjął próby wyprzedzania. Niezły bieg zaliczyła także Mary, która dogoniła Marlenę. Oczywiście na finiszu nie miała szans, ale dobre i to :) Powalczył też Groszek, jednak wydarł "zaledwie" trzecie miejsce. Dobrze spisał się Cziken, zgarniając srebro w M16.
Podsumowując zawody udane. Biegało się dobrze, tylko tych błędów strasznie dużo. Zdaje się że dobierając +10 do szybkości dostałem jednocześnie -6 do orientacji. Trzeba pomyśleć czym tą lukę zapełnić...
Zapraszam na stronę zawodów, gdzie znajdziecie wyniki i międzyczasy.
Kilka zdjęć już wkrótce!

Comments

5 Responses to “Grand Prix Mazowsza 2010”

Anonimowy pisze...
3 maj 2010, 20:53:00

małe sprostowanie, Koen de Jong biega w Gwardii ;]

Tomek Pabich pisze...
3 maj 2010, 22:19:00

Thnx, poprawiłem :)

Anonimowy pisze...
3 maj 2010, 23:24:00

Z prawdziwą przyjemnością i dużą satysfakcją przeczytałem tę relację, a szczególnie tę część o wymagających trasach. Jako autor większości koncepcji mam dużą satysfakcję czytając że trasy sprawiały trudność i rozumiem że przez to były atrakcyjne, co biorąc pod uwagę teren nie bylo zadaniem łatwym. Działając w takiej skali tj: 3 etapy i ponad 400 uczestników trudno jest wszyskich zadowolić, tym bardziej ten komentarz jest bardzo krzepiący . Mam nadzieję ze większość uczestników miała takie właśnie wrażenia i udało nam się całym zespołem naszej sekcji zorganizować zawody na światowym poziomie.
Pozdrawiam
Krzysztof Urbaniak

Anonimowy pisze...
4 maj 2010, 00:09:00

pozdrowienia od sąsiada z sali!
staf, ps

Tomek Pabich pisze...
4 maj 2010, 12:02:00

Co do map to trasy, przynajmniej jak dla mnie, były dość wymagające i podobały mi się, właśnie dlatego, że nie byłem w stanie pobiec ich bezbłędnie. Lepsi zawodnicy pewnie czuli się na nich bardziej komfortowo. Jedyne zastrzeżenia mieliśmy do mapki na sprincie, ponieważ na przebiegu do punktu numer trzy nie było na mapie zaznaczone furtki, przez co kilka osób pobiegło nad płotem, obierając tym samym wariant eliminujący ich z dalszej rywalizacji. Rozumiem, że były to zawody towarzyszące.. :)

Prześlij komentarz