25 Bieg Sylwestrowy w Arturówku
31 gru 2009
- Przez Unknown
-
2
komentarze
Etykiety:
Inna aktywność ruchowa
Zakopane +/- 20
24 gru 2009
- Przez Unknown
-
5
komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
Życzenia Świąteczne
Dla czytelników naszego bloga specjalnie orientalistyczne życzenia! :)
Życzymy Wam dobrych warunków do systematycznego treningu, braku kontuzji, obfitej ilości przebiegniętych kilometrów, jak najmniejszej liczby błędów na mapie, żwawego tempa, sprawnego kompasu i trzeźwego umysłu.
Jeśli to wszystko się spełni, to medali życzyć już nie musimy! ;)
Serdecznie pozdrawiamy,
Tomek i Mary
23 gru 2009
- Przez Unknown
-
0 komentarze
Etykiety:
Inne
100 pompek w 7 tygodni? Czemu nie!
- Przez Unknown
-
4
komentarze
Etykiety:
Inna aktywność ruchowa
Atak klonów Mikołajów
10 gru 2009
- Przez Mary
-
2
komentarze
Etykiety:
Inna aktywność ruchowa
Wycieczka szlakiem ambon wiejskich

O dziwo jak na razie czuję się znośnie i pomimo lekkich bólów tu i ówdzie nic strasznego się jeszcze nie dzieje. Podniesiony na duchu zwyżkującą formą postanowiłem wyjść nawet na wycieczkę biegową, a co tam!
- Przez Unknown
-
5
komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
Dwubój + meczyk = zakwasy

1 gru 2009
- Przez Unknown
-
3
komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
,
Inna aktywność ruchowa
Tatry - reaktywacja
23 lis 2009
- Przez Unknown
-
0 komentarze
Etykiety:
Inna aktywność ruchowa
Przed nami jeszcze jeden weekend w Tatrach
20 lis 2009
- Przez Unknown
-
3
komentarze
Etykiety:
Inna aktywność ruchowa
Mała wyprawa w wielkie góry
19 lis 2009
- Przez Unknown
-
5
komentarze
Etykiety:
Inna aktywność ruchowa
Bieg Niepodległości

13 lis 2009
- Przez Unknown
-
3
komentarze
Etykiety:
Inna aktywność ruchowa
Biegowa sobota
9 lis 2009
- Przez Mary
-
2
komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
Ogień i Iskra - krótka historia dwóch rudzielców
Dorosły ogień, trochę zaspanyZawsze lubiłem koty. Kiedy byłem mały często jeździliśmy do mojej babci na wieś i tam zawsze pałętało się przynajmniej kilka dachowców. Niektóre dawały się głaskać same, o inne trzeba się było bardziej postarać. Chciałem mieć kota w domu, ale rodzice byli przeciwni, więc postanowiłem, że jak będę miał swój dom, to będę miał kota. Już wtedy wymarzyłem sobie takiego prążkowanego rudzielca.
- Przez Unknown
-
4
komentarze
Etykiety:
Inne
Łyżwiarstwo figarowe na luzie
Tradycyjnie od kilku lat jak tylko otwierają się lodowiska rozpoczyna się mój zimowy koszmar. Jazda na łyżwach. Zaczęliśmy jeździć odkąd kupiłem sobie łyżwy. Właściwie to najpierw był pomysł, a później zakup, ale pamiętam, że mam je prawie od początku naszej przygody z twardym i zimnym lodem. Miałem wtedy duże problemy z kostkami. Skręcałem kostkę przynajmniej raz w roku, a czasem częściej i było to bardzo uciążliwe, ponieważ wyłączało mnie z treningów na kilka tygodni, a co więcej obie kostki zaczynały mi niebezpiecznie "strzykać", na przykład podczas ruchów okrężnych.
6 lis 2009
- Przez Unknown
-
0 komentarze
Etykiety:
Inna aktywność ruchowa
Zakończenie sezonu i piękna polska jesień
31 paź 2009
- Przez Unknown
-
3
komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
Mistrzostwa Polski bieg długodystansowy
23 paź 2009
- Przez Mary
-
0 komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
Mistrzostwa Polski w biegu nocnym i sztafetowym
5 paź 2009
- Przez Unknown
-
0 komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
.................................................................................................
Tomek Pabich:
e-mail: pabicht@gmail.com
Marysia Pabich:
e-mail: mariapabich@gmail.com
.................................................................................................
.
1 paź 2009
- Przez Unknown
-
0 komentarze
Etykiety:
O nas
GEMNO czyli chcesz być orłem a zostajesz pingwinem
- Przez Mary
-
1 komentarz
Etykiety:
Biegi na orientację
Jak nawiązywać dobre relacje z ludźmi (fenomen Duracellki)
Moje amatorskie zainteresowanie psychologią ludzkich zachowań przekłada się od czasu do czasu na dość ciekawe wnioski jakie wysnuwam na podstawie obserwacji osób z mojego bezpośredniego i pośredniego otoczenia. Od długiego czasu zafascynowany byłem fenomenem sukcesu w nawiązywaniu pozytywnych relacji u jednej z koleżanek z pracy. Postanowiłem połączyć wyniki moich spostrzeżeń z krótkim poradnikiem na temat nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi (także stworzony głównie na podstawie własnych przemyśleń) i powstało coś takiego...
27 wrz 2009
- Przez Unknown
-
3
komentarze
Etykiety:
Psychologia
Drewniana rocznica
Niektórzy straszyli, że to będzie koniec szalonej młodości, miała być tylko praca, odpowiedzialność i obowiązki. Ale...
25 wrz 2009
- Przez Mary
-
0 komentarze
Etykiety:
O nas
UNTS CUP 2009
21 wrz 2009
- Przez Unknown
-
2
komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
Dużo biegania, mało spania

20 wrz 2009
- Przez Mary
-
0 komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
KMP oczami leniwca Sida

15 wrz 2009
- Przez Mary
-
0 komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
Klubowe Mistrzostwa Polski – jesień 2009
- Przez Unknown
-
1 komentarz
Etykiety:
Biegi na orientację
Kilka słów o tym kim jesteśmy...
Mary:
Ukończone szkoły:
- podstawówka w Pabianicach - chodziłam do dwóch różnych, bo do tej pierwszej nie chcieli przyjąć mojego 3 lata młodszego brata (widać się nie nadawał :P), więc od czwartej klasy zmieniłam numer szkoły z 3 na 16 i w nowej szkole poznałam Tomka, oraz 30 innych nowych dzieciaków, także Tomek wtedy nie robił na mnie dużego wrażenia
- gimnazjum - nie skończyłam, a nawet nie zaczęłam i tego braku już raczej nie da się nadrobić
- liceum w Łodzi i 3 lata jeżdżenia autobusami typu PKS, ale nie żałuję bo przeżyłam wiele przygód w 47 Łódzkiej Wodnej Drużynie Harcerskiej
- Uniwersytet Łódzki, kierunek Informatyka i Ekonometria. Jak wybierałam ten kierunek to nie wiedziałam nawet co to jest ekonometria :P Wiedziałam, tylko że ma być trudne i dużo matematyki, czyli to co lubię :D Wybór okazał się trafny bo do dziś ekonometria przewija się w tym co robię.
Praca - poza krótkimi praktykami całe moje życie zawodowe można streścić jednym słowem "mBank". Pracę w mBanku zaczęłam już na studiach, przez pierwsze 6 miesięcy w zespole WEB marketingu, gdzie robiłam już swoje pierwsze prognozy sprzedaży i analizy, dzięki czemu trafiłam to zespołu SIS czyli Strategii i Segmentacji a stamtąd na samodzielne stanowisko ds. planowania, na którym pracuję do dziś robiąc analizy i modele, planując i monitorując sprzedaż i wyniki finansowe.
Poza nauką rodzice dbali też o to abym się trochę ruszała, nauczyli mnie pływać, jeździć na rowerze i na łyżwach a ojciec zaraził swoją wielką pasją czyli żeglarstwem. 12 kolejnych wakacji spędziłam na obozach żeglarskich. Zrobiłam patent żeglarza i sternika a później już sama szkoliłam młodzież. Gdzieś po drodze pojawiły się biegi na orientację a około 20 roku życia zrezygnowałam prawie całkowicie z żeglarstwa na rzecz biegów i tak już zostało do dziś.
Tomek:
Z wykształcenia informatyk. Ukończone studia na FTIMSie na Politechnice Łódzkiej. Po studiach podjąłem pracę jako Project Manager w dużej firmie. Miałem okazję pracować z takimi gigantami jak Airbus, Ferrari, Volkswagen, Schnider, TetraPak i wiele innych. Później przeniosłem się do mBanku, gdzie pracuję do dziś ponownie jako Project Manager i pośrednik pomiędzy Biznesem a działem IT.
W życiu osobistym szczęśliwie żonaty od 2004 roku. Nie wiem jak to się stało że Marysią zgodziła się wyjść za takiego wariata jak ja, ale stało się ;)
Lubię się ruszać, w związku z czym podejmuję wiele różnych aktywności fizycznych, większość z ciekawości, a niektóre z zamiłowania. Do tych pierwszych można zaliczyć squash, narty, siatkówka, paintball, badminton, basen i wiele innych, a do tych drugich biegi na orientację i piłkę nożną. Aktywnym biegaczem jestem od 1994 roku, czyli już niezły szmat czasu. Orientacja sportowa stała się częścią mojego życia, szczególnie odkąd poślubiłem Marysię, która lubi ją jeszcze bardziej niż ja :)
Oprócz sportów lubię grać (konsole), czytać (prawie wszystko, oprócz romansów, horrorów i nudnych autobiografii) i oglądać filmy (Braveheart! :))
Hania:
Urodziłam się w 2011. Potrafię już chodzić i mówić i szybko się uczę. Lubię oglądać bajki i jeść czekoladę :)
Wszyscy lubimy podróże i staramy się w miarę możliwości zwiedzać świat. Do tej pory odwiedziliśmy już wiele pięknych i ciekawych zakątków Polski, a poza tym Rzym, Londyn, Berlin, Barcelonę, kawałek Francji, Węgier, Szwecji, Czech, Słowacji. Niewiele, ale jeszcze dużo przed nami :)
9 wrz 2009
- Przez Unknown
-
2
komentarze
Etykiety:
O nas
ZOO-Safari Borysew
W niedzielę trochę dla odmiany od biegania, a bardziej żeby pobyć z rodziną zamieniłam wycieczkę biegową na wycieczkę rowerową. Tomasz nie był chętny więc wyruszyliśmy tylko w trójkę, ja i moi rodzice. Start zaplanowaliśmy na wczesny poranek ale jak zwykle się nie udało i domek w Żytowicach opuściliśmy dopiero o 9:20. Pogoda była idealna do wszelkiej aktywności, słonecznie ale bez upału. Zabraliśmy wodę, kanapki i mapę. Punkt docelowy ZOO-Safari w Borysewie nie mieściło się na mapie, więc ostatnie 10 km zrobiłam sobie "pamięciówkę".
2 wrz 2009
- Przez Mary
-
0 komentarze
Etykiety:
Inna aktywność ruchowa
World Orienteering Championships 2009 - Miszkolc, Węgry
Nasze pierwsze Mistrzostwa Świata. Wprawdzie powołania nie dostaliśmy, ale na imprezę postanowiliśmy się wprosić tak czy siak. A co! Nie pozbędą się nas tak łatwo. Czy było warto? O Tak! MŚ roolz! Szczególnie te, na których mamy do czynienia z takimi emocjami i tragediami na biegu sztafetowym.
1 wrz 2009
- Przez Unknown
-
0 komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
Grand Prix Polonia 2009, preludium do WOC2009
I w końcu długo wyczekiwany urlop. Pierwszy etap w Przemyślu – Grand Prix Polonia, a potem część główna, mianowicie Mistrzostwa Świata w Orientacji na Węgrzech. Ale, po kolei…
28 sie 2009
- Przez Unknown
-
0 komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
Obóz klubowy w Żelazku
Obóz zapowiadał się świetnie. Kołczu zajmował się rysowaniem tras i ustawianiem punktów, w czym pomagał mu Kacper i dorywczo reszta zawodników w razie potrzeby. Dyżury na śniadania i kolacje zostały szczegółowo rozpisane, dzięki czemu wiadomo było kto kiedy i za co jest odpowiedzialny. Wywieszono także ogólny plan dnia i wszystko stało się jasne.
Dzięki wspólnemu wysiłkowi całego klubu na obozie nie było miejsca na nudę. Przed obozem został zorganizowany konkurs na najfajniejszy trening dodatkowy i trzeba przyznać, że kilka osób faktycznie się przyłożyło do zadania i mieliśmy okazję wziąć udział w niebanalnych zajęciach obfitujących w dużą dawkę emocji i śmiechu.
Dzień pierwszy
Dzień bez treningu dniem straconym, tak więc po pysznym obiedzie i dwugodzinnej sielance
Po treningu jeszcze partyjka w CSa i do łóżeczka.
Ilość treningów: 2
Dzień drugi
Dzień zaczęliśmy spokojnym rozruchem, potem śniadanie, trochę czasu wolnego i przygotowanie do wyjścia na trening. Był to jedyny dzień kiedy na start dojechaliśmy samochodami (około 4 km). Ja i Mary pomagaliśmy rozstawiać punkty, więc wyjechaliśmy wcześniej. Zapowiadał s

Po powrocie do ośrodka zaaplikowałem sobie zimny kompres na kostkę i praktykowałem to do końca obozu co kilka godzin. Wydaje mi się, że pomagało. Drugi kompres lądował na lewym Achillesie, który też niepokojąco mnie pobolewał :( Ciągle te kontuzje. Tragedia…
Po południu coś dla ducha, czyli trening mentalny. Siedzieliśmy i rozwiązywaliśmy zagadki związane z orientacją. Nawet fajne, choć dla starszych zawodników niektóre były dużo za łatwe.
Dzień zakończyliśmy partyjką w pokera i oczywiście CSa, a gdzieś w międzyczasie przewijał się badminton, który też rzadko się nudził oraz pieczone ziemniaczki prosto z ogniska.
Ilość treningów: 2
Dzień trzeci
Po południu trening zorganizował Olej. Zabawa w lesie, z mapą, punktami i zadaniami specjalnymi. Bardzo fajnie zrobione, pomimo kilku niedociągnięć. Myślę, że wszyscy się dobrze bawili, a szczególnie młodsi.
Wieczorem grupa wybrańców udała się na nocny. W końcu MP za pasem :)
Ilość treningów: 4
Dzień czwarty
Dziś postanowiłem coś pobiec, kostka bolała jakby mniej, więc trzeba spróbować. Rozruch sobie jeszcze darowałem, ale na trening główny poszedłem. Delikatnie zrobiłem rozgrzewkę i było ok. Tylko lekki ból. Całą pierwszą pętlę (z dwóch) przebiegłem poprawnie, choć dość wolno.
Po południu królowała Mary i jej „Poszukiwanie skarbu”. Zabawa była przednia i bardzo żałowałem, że nie mogłem wystartować. Podobno znałem odpowiedź, choć

Na wieczór swój trening zrobiła Bany. Dzięki niej poznaliśmy wszystkie zakamarki naszego budynku oraz zawartość toreb i plecaków towarzyszy niedoli. Było ciężko, ale czego się nie robi dla treningu! :)
Na sam koniec kolejny nocny i oczywiście CSik ;)
Ilość treningów: 5
Dzień piąty
Trening główny sobie darowałem, podobnie zresztą jak rozruch. Przez cały obóz zaliczyłem tylko dwa. Dobry wynik ;) Podobno trening był bardzo fajny, ale nie wiem jaki. Po południu zrobiliśmy sobie wycieczkę na zamek w Ogrodzieńcu. Większość na pieszo, wybrańcy autem ;) Niestety zamek był zamknięty dla zwiedzających od godziny siedemnastej i nie weszliśmy. Wieczorkiem ognisko, poker, CS, badminton – standardowe zajęcia obozowe. Wreszcie udało mi się wygrać z Marianem w poksa. Trzeba przyznać, że to był ten dzień.
Ilość treningów: 2
Dzień szósty
Na rozruch wstałem, bo miał być inny niż wszystkie. Wykorzystaliśmy fakt posiadania kilku stacji kontrolnych i zrobiliśmy prosty trening na szybkie wkładania chipa do stacji. Aby nie było nudno zorganizowaliśmy to w postaci sztafet. Moja sztafeta zajęła zaszczytne drugie miejsce, a ja miałem najlepszy czas ze wszystkich! Mwahaha! :)
Podczas gdy ja grałem sobie spokojnie w Anno kolejni zawodnicy wracali z ostatniego treningu. Obiad, odprawa i po obozie. Jeszcze tylko mała przygoda z samochodem (pierwszy raz odpalałem auto z kabli i pierwszy raz kogoś holowałem ;)) i wszyscy wyruszyli w drogę do domu. Obowiązkowy postój w Macu był naszym ostatnim przystankiem.
Ilość treningów: 2
Suma wszystkich treningów: 17
Myślę, że był to najlepszy obóz na jakim byłem. Ilość treningów, zarówno tych fizycznych jak i umysłowych, była na tyle duża, że chyba nikt się nie nudził. W wolnych chwilach także było sporo do roboty. Mieliśmy kilka komputerów, więc część sobie grała, mieliśmy żetony do pokera, kilka gier karcianych, badmintona, piłkę do siatki. Ogólnie – full wypas.
Z niskobudżetowego wyjazdu zrobił się jeden z najlepszych na jakich byłem. Żadnych awantur o alkohol, dziwnych wybryków, łażenia po nocach, burd. Spokój, organizacja, zabawa, wypoczynek i dużo śmiechu. Dziękuję wszystkim ogromnie!
13 sie 2009
- Przez Unknown
-
0 komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
Mistrzostwa Polski w Lekkiej Atletyce

Pierwsza decyzja: wyjazd w piątek czy sobotę rano, albo jak powiedział Witek jutro czy pojutrze. Wybraliśmy sobotę rezygnując niestety z oglądania konkurencji rozgrywanych w piątek.
Druga decyzja: czy jedziemy sami? Wykonaliśmy kilka szybkich telefonów i trochę więcej maili do osób potencjalnie zainteresowanych, ale niestety nikt nie podszedł tak entuzjastycznie do naszego pomysłu. Czyżby wszyscy się starzeli? ;-)
Pakowanie i zakupy zrobiliśmy już w piątek wieczorem. W sobotę wstaliśmy w środku nocy (przed 6 rano) aby szybko przejechać przez Zgierz. Niestety prawie godzinę spędziliśmy w korku, w rezultacie do Bydgoszczy zamiast na start chodu na 20km dojechaliśmy dopiero w momencie kiedy zawodnicy wchodzili już na metę. W słoneczne przedpołudnie widownia stadionu była prawie pusta a na płycie rozgrywały się eliminacje skoku o tyczce przeplatane chodziarzami kończącymi „bieg” oraz eliminacje do pchnięcia kulą. Na chwilę pojawił się Tomasz Majewski, raz pchnął kulę, przeszedł eliminację i tyle go widzieliśmy. Od 12 do 16 była przerwa w zawodach, którą wykorzystaliśmy na własny trening z mapą w lesie pełnym pajęczyn. Po treningu szybki prysznic w hotelu, i oczywiście pizza :D
W niedzielę zawody rozpoczynały się dopiero o 15. Poranek wykorzystaliśmy na kolejny trening z mapą w lesie, obiad tym razem w Mc Donaldzie i ponieważ jeszcze zostały nam 2 godziny czasu wybraliśmy się do kina na Epokę Lodowcową 3. Mały szok termiczny spotkał nas po wyjściu z kina, gdzie może nie było aż tak zimno jak w epoce lodowcowej ale ciepło też nie było, na ulicy zaś temperatura sięgała 30 stopni.

Podsumowując, bardzo ciekawe zawody, przez chwilę obawiałam się, że będzie nudno i zabrałam nawet książkę ale okazało się, że rzutów dyskiem, oszczepem, młotem i skoku wzwyż nawet nie mieliśmy kiedy oglądać. Ciekawie prowadzona spikerka i żywo reagująca publiczność, której poza sobotnim przedpołudniem było naprawdę dużo, dodawały uroku całej imprezie. Pogoda też dopisała i do domu wróciliśmy opaleni, pełni wrażeń i co ważne sami też pobiegaliśmy w ciekawym pagórkowatym terenie.
- Przez Mary
-
0 komentarze
Etykiety:
Inna aktywność ruchowa
Nocne bieganie - Rydzyny

Ekipa UKZ Azymut Pabianice wytrwale przygotowuje się do nocnych Mistrzostw Polski. Po ekstremalnym bieganiu w rzęsistym deszczu, porywistym wietrze i gradzie błyskawic przyszedł czas na spokojny trening w lesie Rydzyńskim przy akompaniamencie bzyczących komarów i zażarcie atakujących ciem. W porównaniu do Chechła - sielanka.
Rozstawione dzień wcześniej punkty znów stały bez zarzutów, dzięki czemu można było cieszyć się każdym kilometrem trasy. Pomimo moich obaw co do moich możliwości nawigacyjnych w lesie rydzyńskim było całkiem nieźle. Na dwóch pętlach jakie biegaliśmy zrobiłem tylko jeden błąd na około 2-3 minuty. Całkiem nieźle zważywszy na fakt, że był to kolejny bieg z lampką made in ryniacz. Reszta ekipy (tym razem nieco skromniejszej niż w Chechle) także nie uświadczyła większych problemów poza Groszkiem, któremu wysiadła lampka na drugiej pętli. Ach te jego wynalazki... ;)
Z ciekawostek - widzieliśmy sowę! Ja osobiście chyba pierwszy raz w życiu na żywo. Szkoda, że nie miałem aparatu :(
Skład: Mary, Tomek, Gohan, Groszek, Chrupek
Rozstawione dzień wcześniej punkty znów stały bez zarzutów, dzięki czemu można było cieszyć się każdym kilometrem trasy. Pomimo moich obaw co do moich możliwości nawigacyjnych w lesie rydzyńskim było całkiem nieźle. Na dwóch pętlach jakie biegaliśmy zrobiłem tylko jeden błąd na około 2-3 minuty. Całkiem nieźle zważywszy na fakt, że był to kolejny bieg z lampką made in ryniacz. Reszta ekipy (tym razem nieco skromniejszej niż w Chechle) także nie uświadczyła większych problemów poza Groszkiem, któremu wysiadła lampka na drugiej pętli. Ach te jego wynalazki... ;)
Z ciekawostek - widzieliśmy sowę! Ja osobiście chyba pierwszy raz w życiu na żywo. Szkoda, że nie miałem aparatu :(
Skład: Mary, Tomek, Gohan, Groszek, Chrupek
11 sie 2009
- Przez Unknown
-
0 komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
Nocne bieganie - Chechło
Czwartek - mam zaplanowane 2 treningi, o 18.00 aerobik i o 21.30 bieg nocny na orientację. Pogoda zupełnie nie sprzyja jakiejkolwiek aktywności, temperatura w cieniu przekracza 30 stopni ale jak trening to trening, idę na aerobik. Niestety tylko ja, nikt więcej nie przyszedł - zajęcia odwołane :(
Nie martwię się, jeszcze jeden trening mam zaplanowany na dzisiaj.
O 21 jesteśmy już gotowi, kolce i kompasy spakowane, baterie naładowane, ostatnie wejście do kuchni po bidon i nagle za oknem widzę błysk. Po chwili wiatr sięga już 6 w skali Beauforta czyli: Duże gałęzie w ruchu. Słychać świst wiatru nad głową. Kapelusze zrywane z głowy. By po 3 minutach dojść do 8 stopnia - Gałązki są odłamywane od drzew. Samochody skręcają pod wpływem wiatru. Jednym słowem BURZA.
Szybka domowa narada… i jedziemy. Wracam jeszcze po folie na mapy (bez nich nie dali byśmy rady). Wyjazd z parkingu z jednej strony blokują już połamane gałęzie ale deszcz dopiero kropi. Gdy dojeżdżamy na miejsce zbiórki, pod szkołą podstawową, leje. Sięgamy po telefony i rozwiewamy wątpliwości innych zawodników co do sensu życia i wyjścia z domu. Z planowanych 7 osób odlicza się aż 6 śmiałków - Tomek, Mary, Olej, Chrupek, Gohan, Piotrek. (o dziwo wszyscy byli bardziej podekscytowani niż zmartwieni burzową aurą. Tak to już jest w naszym klubie. Najlepsze treningi są w strugach deszczu, a najlepsze mecze w kałużach po kostki ;-)) Dodatkowo pojawia się Podzio, którego tata przywiózł z Łodzi.
Jedziemy do lasu (50-60 na godzinę, bo szybciej się nie dało. Wycieraczki nie nadążały ze zgarnianiem wody z szyby). Punkty już stoją (Bany ustawiała w dzień), mapy narysowane, tylko w folię trzeba włożyć. Zakładamy kolce i … siedzimy w samochodzie :) Nikt ze śmiałków nie wyrywa się pierwszy (oj tam nieprawda. Czekaliśmy po prostu na drugi samochód z resztą zawodników! :-)). Deszcz pada, a od czasu do czasu ciemność lasu rozświetla błysk i widać prawie jak w dzień. Pierwszy z samochodu wychodzi Tomek i idzie po rzeczy do bagażnika. Ja też postanawiam już wyruszyć, żeby chłopaki nie musieli na mnie czekać po biegu. Namawiam Gohana i wychodzimy z samochodu. Pada ale jest bardzo ciepło, temperatura nie spadła poniżej 20 stopni. Idealne warunki do biegania - wspaniałe, świeże powietrze. Wyruszam na mapę A.
Pierwszy punkt, omijam gęste i zamiast rowem biegnę ścieżką. Trochę bez sensu bo punkt jest na rowie, a ja gdzieś w lesie i do tego po drugiej stronie ogrodzenia, które jakoś magicznie wyrosło tuż koło mnie. Zawracam do rowu i już rowem do punktu. Do drugiego rowem, ścieżką, drugą ścieżką i już jestem… za daleko :( To jest piękno nocnych biegów, nawet jak znasz mapę na pamięć to można się zgubić. Wracam a jakieś światełko już odbiega od punktu. Dalej już bezbłędnie. Wpadam na metę po 24 minutach, cała mokra ale gotowa na zmianę mapy i dalszy bieg. Problem jest tylko jeden, nie ma mapy. Światełko, które mnie mijało zabrało ostatnią mapę B, a nikt inny jeszcze nie wrócił. Czekam, po 4 minutach wbiega Podzio, daje mi mapę i ruszam na drugą pętlę. Tym razem mniej błędów, tylko piąty punkt w wykopie sprawił mi problem . W dzień wykop byłoby widać z drogi ale w nocy go nie widziałam i przebiegłam. Na mecie czas znowu 24 minuty. Podzio już pojechał, a reszta się przebiera.
Ja ruszyłem niedługo po Mary, ale na mapę B. Pożyczona lampka typu "ryniacz" dawała mało światła, ale do tego zdąrzyłem się już przyzwyczaić. Z Silvą biegłem tylko raz w życiu, w Szwecji koło Goteborga. Różnica zasadnicza :) Pierwszy punkt błysnął mi z drogi, ale pomyślałem, że to foliówka, bo taki marny odblask. Potem jednak się okazało, że tak właśnie wyglądają nasze punkty obklejone specjalną taśmą. Spoko, na następnym będę już wiedział. Na drugim dogonił mnie Chrupek. Obaj w strugach rzęsistego deszczu czesaliśmy bagno. W końcu znalazłem drogę i chwilę potem punkt, a Chrupek dogonił mnie już w drodze do następnego punktu. Kolejne kilka punktów z Chrupkiem sprawiły, że zacząłem się zastanawiać nad pewnym dziwnym zjawiskiem. Otóż jego silva, dając dużo więcej światła sprawiała, że przed oczami pojawiały mi się takie duże mroczki utrudniające widzenie. Ponieważ był to trening i ciąganie się nie miało sensu odpuściłem Chrupka i dałem mu minutę przewagi. Wzrok wrócił do normy.
Po błędach na dwóch pierwszych punktach dalej było już całkiem zgrabnie, choć powoli (BCI). Co jakiś czas las rozświetlały błyskawice, co sprawiało, że był to bieg nocny z elementami pamięciówki. Trasa bardzo fajna, wszystkie punkty stały tam gdzie powinny. Super trening.
Wsiadamy do samochodu i po drodze wymieniamy wrażenia z biegu. Każdy zrobił jakieś błędy, będzie co wspominać. Wracamy z otwartą na oścież szybą, bo parowało jak diabli!
Rano z wiadomości dowiadujemy się, że siła wiatru była 10 - Drzewa wyrywane z korzeniami. Poważne zniszczenia konstrukcji. W Łódzkim zginęły 2 osoby. Dobrze, że nam nic się nie stało.
Komentarze Tomka
Nie martwię się, jeszcze jeden trening mam zaplanowany na dzisiaj.
O 21 jesteśmy już gotowi, kolce i kompasy spakowane, baterie naładowane, ostatnie wejście do kuchni po bidon i nagle za oknem widzę błysk. Po chwili wiatr sięga już 6 w skali Beauforta czyli: Duże gałęzie w ruchu. Słychać świst wiatru nad głową. Kapelusze zrywane z głowy. By po 3 minutach dojść do 8 stopnia - Gałązki są odłamywane od drzew. Samochody skręcają pod wpływem wiatru. Jednym słowem BURZA.

Jedziemy do lasu (50-60 na godzinę, bo szybciej się nie dało. Wycieraczki nie nadążały ze zgarnianiem wody z szyby). Punkty już stoją (Bany ustawiała w dzień), mapy narysowane, tylko w folię trzeba włożyć. Zakładamy kolce i … siedzimy w samochodzie :) Nikt ze śmiałków nie wyrywa się pierwszy (oj tam nieprawda. Czekaliśmy po prostu na drugi samochód z resztą zawodników! :-)). Deszcz pada, a od czasu do czasu ciemność lasu rozświetla błysk i widać prawie jak w dzień. Pierwszy z samochodu wychodzi Tomek i idzie po rzeczy do bagażnika. Ja też postanawiam już wyruszyć, żeby chłopaki nie musieli na mnie czekać po biegu. Namawiam Gohana i wychodzimy z samochodu. Pada ale jest bardzo ciepło, temperatura nie spadła poniżej 20 stopni. Idealne warunki do biegania - wspaniałe, świeże powietrze. Wyruszam na mapę A.
Pierwszy punkt, omijam gęste i zamiast rowem biegnę ścieżką. Trochę bez sensu bo punkt jest na rowie, a ja gdzieś w lesie i do tego po drugiej stronie ogrodzenia, które jakoś magicznie wyrosło tuż koło mnie. Zawracam do rowu i już rowem do punktu. Do drugiego rowem, ścieżką, drugą ścieżką i już jestem… za daleko :( To jest piękno nocnych biegów, nawet jak znasz mapę na pamięć to można się zgubić. Wracam a jakieś światełko już odbiega od punktu. Dalej już bezbłędnie. Wpadam na metę po 24 minutach, cała mokra ale gotowa na zmianę mapy i dalszy bieg. Problem jest tylko jeden, nie ma mapy. Światełko, które mnie mijało zabrało ostatnią mapę B, a nikt inny jeszcze nie wrócił. Czekam, po 4 minutach wbiega Podzio, daje mi mapę i ruszam na drugą pętlę. Tym razem mniej błędów, tylko piąty punkt w wykopie sprawił mi problem . W dzień wykop byłoby widać z drogi ale w nocy go nie widziałam i przebiegłam. Na mecie czas znowu 24 minuty. Podzio już pojechał, a reszta się przebiera.

Ja ruszyłem niedługo po Mary, ale na mapę B. Pożyczona lampka typu "ryniacz" dawała mało światła, ale do tego zdąrzyłem się już przyzwyczaić. Z Silvą biegłem tylko raz w życiu, w Szwecji koło Goteborga. Różnica zasadnicza :) Pierwszy punkt błysnął mi z drogi, ale pomyślałem, że to foliówka, bo taki marny odblask. Potem jednak się okazało, że tak właśnie wyglądają nasze punkty obklejone specjalną taśmą. Spoko, na następnym będę już wiedział. Na drugim dogonił mnie Chrupek. Obaj w strugach rzęsistego deszczu czesaliśmy bagno. W końcu znalazłem drogę i chwilę potem punkt, a Chrupek dogonił mnie już w drodze do następnego punktu. Kolejne kilka punktów z Chrupkiem sprawiły, że zacząłem się zastanawiać nad pewnym dziwnym zjawiskiem. Otóż jego silva, dając dużo więcej światła sprawiała, że przed oczami pojawiały mi się takie duże mroczki utrudniające widzenie. Ponieważ był to trening i ciąganie się nie miało sensu odpuściłem Chrupka i dałem mu minutę przewagi. Wzrok wrócił do normy.
Po błędach na dwóch pierwszych punktach dalej było już całkiem zgrabnie, choć powoli (BCI). Co jakiś czas las rozświetlały błyskawice, co sprawiało, że był to bieg nocny z elementami pamięciówki. Trasa bardzo fajna, wszystkie punkty stały tam gdzie powinny. Super trening.
Wsiadamy do samochodu i po drodze wymieniamy wrażenia z biegu. Każdy zrobił jakieś błędy, będzie co wspominać. Wracamy z otwartą na oścież szybą, bo parowało jak diabli!
Rano z wiadomości dowiadujemy się, że siła wiatru była 10 - Drzewa wyrywane z korzeniami. Poważne zniszczenia konstrukcji. W Łódzkim zginęły 2 osoby. Dobrze, że nam nic się nie stało.
Komentarze Tomka
27 lip 2009
- Przez Mary
-
0 komentarze
Etykiety:
Biegi na orientację
Wielka wyprawa w małe góry
Marysia już od dwóch tygodni planowała tą wycieczkę. Zajęła się wszystkim, od wybrania terminu, zaplanowania trasy, rozeznania w cenach, aż po rezerwację biletów wejściowych i noclegu. Czułem się jak na wycieczce z biurem podróży ;) Brakowało mi tylko komentarza do zabytków, które oglądaliśmy.
Wycieczka została zaplanowana na dwa dni. Pierwszy z silnym akcentem górskim, czyli dużo chodzenia i piękna leśna natura, a drugi zawierający więcej walorów „ruinowo-zabytkowych”, czyli zwiedzanie.
Wyruszyliśmy przed 9 rano z domu i po trzech godzinach jazdy dotarliśmy do pierwszego punktu wycieczki – Bodzentyn.
Do zwiedzenia zabytkowy kościół i ruiny zamku. Szybko się okazało, że zabytkowy kościół właśnie jest odnawiany i nie było co zwiedzać, a zabytkowe ruiny zamku też nie prezentują sobą nic ciekawego. Niewiele zostało z ich dawnej świetności…
Niezrażeni omówiliśmy dalsze punkty wycieczki. Dostałem do wyboru cztery warianty:
- easy – około 10 km
- medium – około 20 km
- hard – około 30 km
- god – około 45 km
Cztery dychy to dość sporo, zwłaszcza że nie jestem długodystansowcem, więc zdecydowałem się na wariant „hard”. Trzydzieści powinienem dać radę.
Plan był taki, by dojechać do Świętej Katarzyny i stamtąd wejść na Łysicę, a dalej czerwonym szlakiem na Łysą Górę i z powrotem. Luzik, pomyślałem.
Święta Katarzyna była niedaleko. Łatwo znaleźliśmy wejście na szlak, a tuż obok parking prywatny za 5 PLN (bez ograniczenia czasowego). Przebraliśmy się, wdzialiśmy plecaki z prowiantem i piciem i pełni zapału wyruszyliśmy, niemalże w samo południe.
Musieliśmy utrzymywać raźne tempo marszu by wyrobić się przed zmierzchem. Wstęp do parku narodowego kosztował nas po 5 PLN od głowy, ale byliśmy na to przygotowani. Już po piętnastu minutach zrzucaliśmy wierzchnie warstwy ubrania i kontynuowaliśmy w krótkich rękawkach. Szybki marsz pod górę dostatecznie nas rozgrzewał.
Wejście na Łysicę zajęło nam około 30 minut. Szlak prowadził bardzo ładną ścieżką, pokrytą prawie na całej powierzchni dużymi kamieniami. Szło się mało wygodnie, ale wyglądała ładnie ;).
Łysa Góra czekała na nas dokładnie w połowie zaplanowanej drogi i była punktem zwrotnym. Po napotkanych tabliczkach z czasami dojścia do kolejnych punktów szlaku zorientowaliśmy się, że idziemy dwa razy szybciej niż pokazywały (czasami nawet trzy!) i szybko wyliczyliśmy, że cała wycieczka powinna nam zająć około 8 godzin.
Szlak wiódł najpierw przez las, z górki, potem kawałek asfaltem, pośród pól pełnych zbóż i truskawek, a potem znów przez las, ale tuż przy jego brzegu. Zrobiliśmy kilka krótkich przystanków na picie lub zdjęcia i jeden dłuższy na obejście podmokłego terenu. Zanim się obejrzeliśmy wkroczyliśmy do małej wioski leżącej tuż pod Łysą Górą. Zaskoczyła nas ilość turystów i komercja jaką tam zastaliśmy. Na Łysicy nie było nic, a tutaj masa straganów, budek, autokarów, pociąg, bryczki. Co kto lubi. Droga na górę wiodła asfaltem. Nic ciekawego :(.
Tuż przed szczytem zatrzymaliśmy się na tarasie widokowym i podziwialiśmy jedno z większych gołoborzy w Polsce. Posililiśmy się i poszliśmy dalej obejrzeć kościół Świętego Krzyża (podobno stąd nazwa gór świętokrzyskich!). Akurat odbywał się tam ślub, więc nie zajrzeliśmy do środka (nie to żebym żałował…). Zrobiliśmy kolejny krótki przystanek na coś do jedzenia i zebranie sił na drogę powrotną. GPS pokazał nam 19,5 km, co oznaczało, że zamiast 30 km musimy zrobić prawie 40. No trudno…
Droga powrotna nie była już taka przyjemna. Zaczynały boleć nogi, a i trasa ta sama. Szliśmy szybko i tylko dwa razy stanęliśmy się coś napić. Gdy doszliśmy do odcinka wiodącego asfaltem postanowiliśmy kupić trochę truskawek, ale dobrzy ludzie dali je nam za darmo i to więcej niż byliśmy w stanie zjeść. Jakieś pięć kilometrów dalej podarowaliśmy te truskawki innej parze napotkanej na szlaku.
Wejście drugi raz na Łysicę kosztowało już wiele wysiłku, ale zejście było już dość przyjemne, choć wiedzieliśmy, że zakwasy będą na pewno. W sumie całość zajęła nam niecałe 7,5h. (tyle pokazywała tabliczka na Łysej Górze do Świętej Katarzyny).
Skoczyliśmy na szybko do Kielc na super drogą pizze (prawie 35 PLN!) a później już prosto do Ostrowa (agroturystyka) gdzie po szybkim prysznicu z łatwością usnęliśmy.
Drugi dzień upłynął nam na spokojnym zwiedzaniu, przerywanym pojękiwaniem (zakwasy!).
Najpierw zamek w Chęcinach, który prezentował się całkiem ładnie, a potem główna atrakcja wycieczki – jaskinia Raj.
Dzięki wcześniejszej rezerwacji biletów weszliśmy bez problemu. Wiele osób było odsyłanych z kwitkiem lub czekali aż zwolnią się jakieś miejsca przy kolejnym wejściu (były co 15 minut). Dostaliśmy elokwentnego i dowcipnego przewodnika, która ciekawie opowiadał o historii jaskini, procesach jakie doprowadziły do jej ukształtowania, a także formach stalaktytach, stalagmitach i innych dziwnych rzeczach jakie mogliśmy tam zobaczyć. Jaskinia była bardzo ładna i na pewno warta zobaczenia. Polecam!
Ostatnim punktem wycieczki były ruiny dużego zamku o nazwie Krzyż Topór. Mury tego zamku zachowały się w całkiem przyzwoitym stanie i wiele osób wałęsało się po jego zakamarkach. Idąc w ich ślady obeszliśmy wszystko co się dało i nie znaleźliśmy nic oprócz kamieni. Trochę szkoda, że komnaty i części zamku nie były ładnie opisane, no ale w końcu to tylko Polska. Nie można wymagać za wiele.
Wychodząc z zamku odhaczyliśmy ostatni punkt programu i mogliśmy ruszać do domu. Oczywiście nie omieszkaliśmy odwiedzić McDonalda w Kielcach ;)
Wycieczka zajęła nam dwa dni i kosztowała około 120 PLN na dwie osoby (wejściówki, bilety, noclegi, bez jedzenia i przejazdu). Polecamy wszystkim zastanawiającym się jak spędzić wolny weekend :)
Wyruszyliśmy przed 9 rano z domu i po trzech godzinach jazdy dotarliśmy do pierwszego punktu wycieczki – Bodzentyn.
Do zwiedzenia zabytkowy kościół i ruiny zamku. Szybko się okazało, że zabytkowy kościół właśnie jest odnawiany i nie było co zwiedzać, a zabytkowe ruiny zamku też nie prezentują sobą nic ciekawego. Niewiele zostało z ich dawnej świetności…
Niezrażeni omówiliśmy dalsze punkty wycieczki. Dostałem do wyboru cztery warianty:
- easy – około 10 km
- medium – około 20 km
- hard – około 30 km
- god – około 45 km
Cztery dychy to dość sporo, zwłaszcza że nie jestem długodystansowcem, więc zdecydowałem się na wariant „hard”. Trzydzieści powinienem dać radę.
Święta Katarzyna była niedaleko. Łatwo znaleźliśmy wejście na szlak, a tuż obok parking prywatny za 5 PLN (bez ograniczenia czasowego). Przebraliśmy się, wdzialiśmy plecaki z prowiantem i piciem i pełni zapału wyruszyliśmy, niemalże w samo południe.
Łysa Góra czekała na nas dokładnie w połowie zaplanowanej drogi i była punktem zwrotnym. Po napotkanych tabliczkach z czasami dojścia do kolejnych punktów szlaku zorientowaliśmy się, że idziemy dwa razy szybciej niż pokazywały (czasami nawet trzy!) i szybko wyliczyliśmy, że cała wycieczka powinna nam zająć około 8 godzin.
Skoczyliśmy na szybko do Kielc na super drogą pizze (prawie 35 PLN!) a później już prosto do Ostrowa (agroturystyka) gdzie po szybkim prysznicu z łatwością usnęliśmy.
Drugi dzień upłynął nam na spokojnym zwiedzaniu, przerywanym pojękiwaniem (zakwasy!).
Dzięki wcześniejszej rezerwacji biletów weszliśmy bez problemu. Wiele osób było odsyłanych z kwitkiem lub czekali aż zwolnią się jakieś miejsca przy kolejnym wejściu (były co 15 minut). Dostaliśmy elokwentnego i dowcipnego przewodnika, która ciekawie opowiadał o historii jaskini, procesach jakie doprowadziły do jej ukształtowania, a także formach stalaktytach, stalagmitach i innych dziwnych rzeczach jakie mogliśmy tam zobaczyć. Jaskinia była bardzo ładna i na pewno warta zobaczenia. Polecam!
Wychodząc z zamku odhaczyliśmy ostatni punkt programu i mogliśmy ruszać do domu. Oczywiście nie omieszkaliśmy odwiedzić McDonalda w Kielcach ;)
Wycieczka zajęła nam dwa dni i kosztowała około 120 PLN na dwie osoby (wejściówki, bilety, noclegi, bez jedzenia i przejazdu). Polecamy wszystkim zastanawiającym się jak spędzić wolny weekend :)
16 lip 2009
- Przez Unknown
-
2
komentarze
Etykiety:
Inna aktywność ruchowa
Subskrybuj:
Posty (Atom)